Recenzja - Bielenda fresh juice

Recenzja - Bielenda fresh juice

Sięgnięcie dna w kosmetyku to najlepsza okazja do napisania o nim recenzji. Gorzej jak po zużyciu całego produktu nadal nie wiemy co o nim sądzić. Wtedy zawsze pomaga mi lista wad i zalet. To co, zrobimy taką?

Bielenda, fresh juice, rozświetlający żel micelarny do mycia twarzy z bioaktywną wodą cytrynową

Produkt zapakowany jest w ładne opakowanie z orzeźwiającą grafiką. Jest w stylu bielendy, ale raczej nie przypomina niczego co już wypuścili. Kosmetyk posiada pompkę, która znacznie ułatwia dozowanie. Warto też wspomnieć o zapachu, w którym łatwo można wyczuć ananasa.
Żel Micelarny do mycia twarzy z Bioaktywną wodą cytrusową zawiera rozświetlający sok z ananasa, regenerujący Kwas Laktobionowy oraz oczyszczające Micele Produkt przeznaczony do mycia i pielęgnacji skóry pozbawionej blasku. Rozświetlający żel micelarny z bioaktywną wodą cytrusową, otrzymywaną z owoców śródziemnomorskich, to produkt w formie lekkiego żelu, wzbogaconego o micele, przeznaczony do codziennego mycia i oczyszczania twarzy. Żel oczyszcza i odświeża skórę, jednocześnie wspiera rozświetla cerę. Jego działanie gwarantuje formuła łącząca w sobie składniki aktywne i substancje myjące: Bioaktywną wodę cytrusową – wykazującą działanie antyoksydacyjne i wspierającą witalność komórek skóry, Sok z ananasa – który redukuje przebarwienia, nadając skórze promienny wygląd, Kwas laktobionowy – składnik regenerujący, rozjaśniający przebarwienia i wspomagający procesy odnowy naskórka, Micele – które wychwytują i doskonale usuwają makijaż, sebum i wszelkie zanieczyszczenia ze środowiska (w tym pyły zawieszone oraz metale ciężkie). Żel micelarny to idealny sposób na poranne odświeżenie skóry i wieczorne jej oczyszczenie.
Co do działania, jak zawsze chcę porównać moje odczucia z zapewnieniami producenta. Zgadzam się, że jest to żelowa formuła, ale raczej nie jest lekka. Używając tylko palców i wody (bez myjki) dość ciężko się go rozprowadza i zmywa. Z jakimkolwiek akcesorium do mycia twarzy idzie to dużo sprawniej. Kosmetyk dokładnie zmywa makijaż, oczyszcza i odświeża. Co więcej gdy już zmyjemy żel, otrzymujemy miękką, gładką i pięknie rozświetloną skórę. Nie pozostaje też na niej żaden film. Nie mam przebarwień, więc nie jestem w stanie określić, czy produkt Bielendy pomaga je zredukować. Co do wydajności, to korzystałam z niego jakieś dwa miesiące.

Jak widzicie producent w swoim opisie powołuje się na wiele dobroczynnych składników produktu, więc sprawdźmy ten skład.
 Aqua, Citrus Limon Fruit Extract, Glycerin, Acrylates Copolymer, Sodium Laureth Sulfate, Sodium Cocoyl Alaninate, Ananas Sativus Fruit Juice, Cocamidopropyl Betaine, Panthenol, Lactobionic Acid, Polysorbate 20, Potassium Hydroxide, Disodium EDTA, Aminomethyl Propanol,  Sodium Chloride, Methylchloroisothizaolinone, Methylisothiazolinone, Potassium Sorbate,  Parfum, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, Cl 19140, Cl 42090
Na zielono zaznaczyłam "dobre" składniki, na szare te które wpływają na trwałość i konsystencję, a na czerwono te wysoko alergenne i co do których istnieją wątpliwości czy powinny być w kosmetykach. Jako że nie jestem wykwalifikowanym kosmetologiem, korzystałam z zasobów internetu. Jeśli w czymś nie mam racji, proszę o poprawienie mnie. Nie mniej jednak jestem w szoku, jak wiele składników tego kosmetyku może spowodować alergie. U mnie nie wystąpiły żadne nieporządane efekty, ale warto zwrócić uwagę na ryzyko ich wystąpienia.




Plusy:
- wygląd opakowania
- pompka
- zapach (jest ładny, ale patrząc na to jak bardzo alergenne są substancje zapachowe zrezygnowałabym z nich)
- efekty na skórze

Minusy:
- konsystencja (średnio odpowiadają mi gęste, żelowe konsystencje, które trudno zmyć. Jeśli chodzi o żele to wolę takie z peelingiem, bo dużo łatwiej i przyjemniej się rozprowadzają oraz zmywają)


Podsumowując, to nie jest zły produkt. Użytkowanie jest okej, oraz efekty jak najbardziej mi się podobają. Wszystko jest kwestią indywidualnych upodobań do konsystencji. Jeśli lubisz gęste żele, to jest coś dla Ciebie. Kosmetyk Bielendy nie wyląduje w moich ulubieńcach, ale na pewno będę go miło wspominać.


Wiem, że ta seria jest ostatnio dość popularna. Skusiłyście się na coś? Jak Wasze wrażenia?

Haul - nowości w kosmetyczce maj 2019

Haul - nowości w kosmetyczce maj 2019
Pomyślałam, że urodziny to najlepsza okazja na haul. Co prawda prezentów nie dostałam, więc ich nie pokażę (chyba że liczą się te kupione ode mnie dla mnie), ale pokażę Wam co upolowałam na promocjach w kwietniu i maju.



Kogo nie skusiłoby -60%?

Mnie taka promocja nie była w stanie nie skusić. A kto nam ją zaserwował? Internetowy sklep lipstickfreak, z kosmetykami amerykańskich marek często niedostępnymi w sephora. Na co się zdecydowałam? Na paletę cieni Morphe 15N (wyszła mi za jakieś 60 zł) i rozświetlacz colourpop (zapłaciłam za niego coś około 20 zł, żal nie brać, prawda?). O ile paleta jest w fazie testów, tak rozświetlacz czeka na moją opaleniznę, bo odbija światło na mocno żółty kolor.



Rossmann, -55% na kosmetyki kolorowe

Kultowa promocja, na którą czekają wszystkie makeupoholiczki, w tym ja. Miałam gotową listę, dość długą, którą zweryfikował asortyment sklepu. Jako, że ten w którym zawsze robię zakupy (jedyny w mieście) przenosi się w inne miejsce, to i asortyment był bardzo ubogi. Z rzeczy które planowałam kupić, z nowości, wzięłam mgiełkę Bielendy i tusz do rzęs Wibo. Od początku wiedziałam też, że muszę uzupełnić na lato zapas Fit me (jego matowe wykończenie jest świetne w ciepłe dni, nie pudruję go i skóra wygląda dobrze nie tylko na policzkach, ale też w strefie T). Reszta to takie zapychacze na pocieszenie, żebym miała co testować. Może nie są to nowości w tej drogerii, ale dla mnie są. Do koszyka wpadł mi bronzer beach cruiser od Wibo, róż Ecstasy i baza pod cienie tej samej marki. Na zdjęciu zapomniałam umieścić jeszcze jednego łupu - pudru lovely. Testy już się zaczęły i recenzje powoli będą się pojawiać na blogu.

Rossmann, 2 + 2 pielęgnacja

Od dawna mam pomysł na ciekawy post pielęgnacyjny, który wymaga ode mnie przede wszystkim wielu nowych kosmetyków. Nie było lepszej okazji do przygotowania się do niego niż promocja 2+2. Jeszcze nie zdradzę o jaki post mi chodzi, ale powiem co kupiłam. Zdecydowałam się na booster i krem pod oczy od Perfecty, żel peelingujący Barwy i esencję AA. Poza promocją, na drugi paragon kupiłam kapsułki Isany, które widziałam na jakimś blogu, niestety nie pamiętam, kto je zachwalał.

Biedronkowe love

Będąc w biedronce za każdym razem nie mogę przejść obojętnie koło działu beauty. Zawsze złapię jakąś maseczkę, a i bell zachwyca coraz to nowymi kolekcjami. Jak widać wiele maseczek skusiło mnie do zakupu, w bell tylko korektor wzbudził moją ciekawość. Nie mogę doczekać się testów ;).

Próbki, próbeczki

Lubię zamawiać próbki od nieznanych mi marek. Mimo, że to są małe pojemności, to zawsze jakoś pozwalają wyrobić sobie zdanie czy warto kupić większe opakowanie, czy lepiej dać sobie spokój. 

Pierwsze z próbek pochodzą od marki For life & madaga. Można się do nich zgłosić - wysłać maila z odpowiedzią na kilka pytań i adresem do wysyłki - a oni przesyłają nam próbki produktów dobranych do naszej skóry wraz z instrukcją jak ich używać. Super sprawa co?


Kolejne próbki to perfumowane chusteczki marki Exscenti. Nie mogę doczekać się testowania.


I to już wszystko na dziś. Znacie coś z moich nowości? Jakie macie zdanie wobec testowania próbek? Obkupiłyście się w kwietniowo/majowych promocjach?

Przegląd kulturalny - maj 2019

Przegląd kulturalny - maj 2019
Jak pamiętacie w ostatnim czasie wiele eksperymentowałam z postami dotyczącymi podsumowań miesiąca. Większość pomysłów nie wypaliła oprócz jednego - w podsumowaniach więcej miejsca poświęciłam szeroko pojętej kulturze. Zamierzam kontynuować tę serię. Sama uwielbiam czytać takie posty, zawsze zyskuję wiele inspiracji, co mogę obejrzeć, a co raczej unikać. Mam nadzieję, że i Wam do tego posłuży mój post, a także, że wymienimy spostrzeżenia na temat niektórych kulturalnych hitów.

Seriale

W maju rozpoczęłam wakacje i mam bardzo dużo czasu na nadrabianie zaległości w nowych odcinkach ulubionych seriali. Przez cały czas istnienia bloga wplatałam seriale w posty, dzisiaj powtórzą się dwa (dynastia i the crown, powtórzą się bo na prawdę są warte obejrzenia), inne to już nowości, które chciałam zobaczyć, a nigdy nie miałam na nie czasu ;).


Dynastia

 Pieniądze, władza i sława. To są Carringtonowie. Historia kontrowersyjnej rodziny, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Intrygi i romanse to dla nich codzienność. Serial trochę przypomina mi program Kardashianek. Jeśli tak jak ja lubicie oglądać ten program, to polubicie i dynastię.



The crown
 Historia brytyjskiej rodziny królewskiej od czasów panowania Elżbiety II. Wiem, że w telewizji co chwila puszczają jakieś dokumenty o Windsorach, ale produkcja netflixa to żaden dokument. Co prawda bazuje na faktach, nawet stroje i fryzury aktorów są identycznie odtworzone, ale jest to typowy serial. Nie tylko pozwala lepiej poznać rodzinę królewską i mało znane fakty z ich życia, ale także daje możliwość przyswojenia niektórych aspektow historycznych. Nazwisk premierów Wielkiej Brytanii na pewno.

The arrangement
 Co by nie opisywać samych hitów czas na serial, który mi się nie spodobał. Opowiada historię aktorki, która otrzymała nietypową propozycję - ofertę małżeństwa ze znanym aktorem Hollywood. Wytrwałam przy zaledwie kilku odcinkach. Nudny serial, mało się w nim dzieje, a i aktorzy nie są za bardzo przekonywujący.

Pretty little liars: The perfectionist
Jako wielka fanka Pretty little liars nie mogłam nie skusić się na obejrzenie spin off'a. Kontynuacja serii opowiada o trójce przyjaciół, których połączyły tajemnice. Nie chcę zagłębiać się w opis fabuły, ponieważ nie chcę Wam zepsuć oglądania. Lepiej nie znać szczegółów tego serialu, by się lepiej wciągnąć i próbować samemu rozwiązywać zagadki. Jak perfekcjonistki nawiązują do pretty? Oprócz tytułu i czołówki, jak możecie zobaczyć na plakacie powtarzają się dwie postacie: Mona i Alison. Muszę przyznać, że styl obu seriali jest identyczny, ale bez obaw sceny i zagadki póki co się nie powtarzają. Wiem, że pierwotne pretty było dość kontrowersyjne - miało wielu fanów, ale też przeciwników. Także jeśli pierwsza część Wam się podobała, druga też powinna. Jeśli nie, raczej nie macie po co tam zaglądać ;).

 Trzynaście powodów
Ten serial zaczęłam oglądać dzisiaj i póki co obejrzałam jeden godzinny odcinek. Zrobił na mnie tak duże wrażenie, że musiałam o nim napisać jeszcze w tym miesiącu. Wiem, że serial nie jest najnowszy i pewnie wiele z Was go oglądała, ale jeśli nie to warto. Tak w skrócie, opowiada o Clay'u, którego przyjaciółka (jeszcze nie wiem, jaka konkretna relacja ich łączyła, oczywista na pewno nie była ;)) Hanna popełniła samobójstwo i zostawiła po sobie 13 kaset z powodami dlaczego się zabiła. Osoby, które lubią w trakcie oglądania seriali rozwiązywać zagadki będą zachwycone. Tu jest trudniej rozwikłać co się wydarzyło niż w PLL. 



Filmy
Jestem bardziej seralową, niż filmową osobą. Głównie dlatego, że film trwa tylko godzinę, czasami dwie i dostajemy okrojną wersję. W serialach mamy większe skupienie na szczegółach poszczególnych historii. Nie zmienia to faktu, że wolny czas, chcę też wykorzystać na obejrzenie światowych hitów, których aż wstyd że nie oglądałam.

 Iron man 
Do takich hitów należą Avengersi. Do tej pory obejrzałam kilka części na wyrywki, a teraz chcę obejrzeć wszystkie po kolei. Zaczęłam od iron mana. Właściciel wytwórni broni pod wpływem można powiedzieć traumatycznych wydarzeń zmienia swoje poglądy i wykorzystuje swój geniusz w słusznym celu. Bardzo podobał mi się ten film! Mimo, że jest o superbohaterze i ma wiele efektów specjalnych, to bardzo przyjemnie się to ogląda. Dla mnie to było takie spojrzenie na pracę geniusza (Starka). Polecam ;).

The incredible hulk
Druga część podobała mi się dużo mniej. Mężczyzna przemieniający się w zielonego stwora pod wpływem silnych emocji? Nie powiem, że to mało realne, bo żaden film o superbohaterach nie jest realny, ale po prostu coś mi nie gra z tym filmem. Był nudny i przewidywalny. Oczywiście to moja subiektywna opinia, widziałam na filmwebie, że film ma wielu fanów, więc trzeba sobie samemu wyrobić opinię.


Mamma mia: here we go again
Choć kontynuacja kultowego mamma mia wyszła już jakiś czas temu, ja nie miałam okazji jej obejrzeć, aż do teraz. Sam zamysł i gra aktorska Lily James bardzo mi się podobał. Wykonananie trochę mniej. Liczyłam na coś więcej ;).






Muzyka
Pierwszy raz mam problem z wyborem ulubionych piosenek miesiąca i to nie ze względu na ich ilość. Ja z reguły słucham dużo muzyki, gdy się muszę skupić, gdy się uczę itd. Teraz tego nie robię, więc z automatu słucham jej mniej. Także raczej nie zaskoczę Was żadnymi nowościami. Jak zwykle u mnie trochę rapu, a i jedna piosenka z książki (Alessia Cara, nie pytajcie z jakiej książki bo nie pamiętam). 






Przy okazji chciałabym Was zaprosić na mojego instagrama. Po wielu zawirowaniach z kradzionymi kontami, mam nadzieję, że wreszcie jakieś zostanie ze mną na dłużej. Myślę, że warto mnie obserwować nie tylko ze względu na powiadomienia o postach, ale także ponieważ zamieszczam tam zdjęcia efektów mojej kolejnej pasji - gotowania, oraz postępów w projekcie pan. Nie zabraknie też modowych akcentów ;).





I to już wszystko na dziś. Jestem ciekawa czy oglądaliście te seriale i filmy. Jeśli chcielibyście wymienić spostrzeżenia na temat poszczególnych wątków w serialach to koniecznie napiszcie do mnie na maila :).





*Wszystkie zdjęcia plakatów pochodzą ze strony filmweb.pl

Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #1

Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #1
Nikt nie lubi kupować słabych jakościowo kosmetyków. Ja też nie. Przez to, że tutaj bloguję i czasami oglądam kosmetyczne kanały na youtube znam dużo produktów i opinie na ich temat. Czasami jednak zdarza mi się kupić na szybko jakiś produkt, nowość, czy po prostu nierecenzowany, mało popularny kosmetyk. W wielu przypadkach testy kończyły się fiaskiem, byłam tak zawiedziona, że nawet nie myślałam o pisaniu recenzji na ich temat. Po czasie stwierdziłam, że to błąd i powinnam Was ostrzegać przed co niektórymi gagatkami. Dziś na takie ostrzeżenie czas. Zapraszam na recenzję czterech produktów, które nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia.


Do tej pory używałam tylko jeden suchy szampon - Batiste, ale niestety zdarzyło mi się tak, że w drogerii go nie było i musiałam przetestować nowość dla mnie - szampon Radical. O ile o marce słyszałam, tak o samym produkcie już nie. Sprawdźmy jak opis producenta ma się do rzeczywistości. 



Radical, suchy szampon do włosów przetłuszczających się

Suchy szampon do włosów przetłuszczających Radical to idealne rozwiązanie dla włosów wymagających odświeżenia. Skuteczna formuła, bazująca na starannie dobranych składnikach, nie tylko oczyszcza i intensywnie odświeża, ale także zmniejsza wydzielanie sebum i skłonność do przetłuszczania, wydłużając świeżość włosów do 24h.* Dodatkowo przywraca im lekkość i zwiększa objętość oraz nadaje przyjemny, świeży zapach, jak po umyciu głowy.
*czas działania zależy od indywidualnych predyspozycji i tendencji do przetłuszczania się włosów
Opakowanie jest klasyczne, mało spektakularne. Myślę, że nie ma co się nad nim rozwodzić. Przejdźmy do konkretów - głównym zadaniem suchego szamponu jest oczywiście odświeżenie włosów i tu upatruję pierwszej i największej wady produktu Radical. Tuż po rozpracowaniu szamponu we włosy (tu muszę zaznaczyć, że z tym nie ma problemu) efekt odświeżenia jest delikatny, a po godzinie praktycznie znikomy. Absolutnie szampon nie zmniejsza wydzielania sebum. Dodatkowo zapach wcale nie jest taki świeży, powiedziałabym wręcz że trochę duszący, a już na pewno nie jak po umyciu włosów. To co się zgadza z opisem producenta to zapewnienie o objętości, ale powinno być dopisane, że tylko na godzinkę :). Jak widzicie nijak nie można określić tego kosmetyku jako udanego.


Kolejne dwa produkty, które mnie rozczarowały są z dziedziny pielęgnacji. Na szczęście nie spowodowały widocznych na twarzy szkód, lecz po prostu okazały się nie tak idealne, jak reklamuje je producent. Przyjrzyjmy im się bliżej.


Skin in the city, nawilżająca pianka do demakijażu

Szybkie tempo życia w mieście może negatywnie wpływać na wygląd skóry.
Zagrożenia: zanieczyszczenia, stres, zmęczenie.
Strategia: Nowoczesna formuła, która chroni skórę przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych.
Miasto nigdy nie śpi. A Ty nie możesz pozwolić sobie na odpoczynek od odpowiedniej pielęgnacji. Pianka micelarna o lekkiej, puszystej konsystencji w wyjątkowo delikatny sposób pomaga oczyścić skórę twarzy i okolice oczu z makijażu i zanieczyszczeń. Pielęgnuje i nawilża skórę, pozostawiając ją gładką, miękką i pełna blasku. Dokładnie oczyszczając i odświeżając przygotowuje skórę do dalszej pielęgnacji.
Hipoalergiczna. Do wszystkich typów skóry, nawet wrażliwej.
 Rzadko jestem w Hebe, a gdy już jestem staram się kupować kosmetyki dostępne tylko w tej drogerii. Tak trafiłam na markę skin in the city. Co prawda nie mieszkam w mieście, a moja skóra raczej mało jest narażona na smog, ale uwielbiam pianki do tego stopnia, że nie mogłam przejść obojętnie koło nowego odkrycia. Dlaczego się zawiodłam? Sądzę, że od drogeryjnych pianek z reguły nie ma co dużo wymagać, głównie pomagają dokładnie zmyć tłusty film z wcześniejszego etapu pielęgnacji, demakijażu olejkiem, a także jest to fajna forma odświeżenia skóry tuż po obudzeniu się. O ile z zmyciem resztek olejku sobie radzi (te z Bielendy zostawiają po sobie mało filmu, więc raczej nie jest to trudne zadanie, żeby go zmyć), o tyle odświeżenia tu nie czuję. Myślę, że to wina konsystencji - pianka jest bardzo wodnista i słychać jak pękają bąbelki. W porównaniu, jajeczna pianka Isany, ma bardziej mięsistą konsystencję. Warto też wspomnieć o zapachu produktu Skin in the city, to dla mnie clin w bardziej kosmetycznej buteleczce. Nie widzę zalet tego produktu.


Bielenda, mgiełka kokos & aloes

Formuła bezalkoholowa. Tonizuje, nawilża, odświeża. Zostawia delikatną mgiełkę zapachową. Zawiera sok z liści aloesu, wodę kokosową oraz kwas hialuronowy. Lekki preparat w postaci mgiełki do twarzy i ciała, wspomagający rewitalizację, odświeżenie i nawilżenie skóry zarówno po procesie oczyszczania, jak i w trakcie dnia. Działa tonizująco i kondycjonująco na naskórek. Wiodącym składnikiem aktywnym mgiełki jest woda kokosowa, pełniąca funkcję naturalnego izotoniku, dostarczającego skórze suchej i odwodnionej wielu cennych minerałów i witamin, takich jak: potas, magnez, wapń, żelazo, fosfor, cynk i witaminy z grupy B. Sok z liści aloesu z kolei łagodzi, nawilża, wzmacnia i wygładza naskórek, a kwas hialuronowy wiąże wodę w naskórku i odpowiada za właściwy poziom nawilżenia. Działanie mgiełki wspomaga trehaloza - naturalny "strażnik", ograniczający migrację wody z naskórka. Mgiełka jest bezalkoholowa i delikatna, o pH neutralnym dla skóry. To idealny sposób na odświeżenie i nawilżenie naskórka przy zminimalizowaniu ryzyka podrażnień. Preparat przeznaczony jest do codziennego tonizowania i nawilżania cery suchej i odwodnionej, jest delikatny i łagodny.
Uwielbiam toniki i zdecydowanie ich nadużywam. Są świetne nie tylko do tonizacji, ale także wspaniale scalają makijaż. Przynajmniej tak sprawdzają mi się produkty Evree (słyszeliście, że ta marka kończy swój żywot? Wielka szkoda!) czy Ziai. Z Bielendą jest nie co inaczej. A mianowicie problem zaczyna się już przy atomizerze, który pluje zbyt dużą dawką produktu i zostawia spienione plamy kosmetyku (co od razu wyklucza go z stosowania na makijaż). Co więcej skóra po tym toniku jest bardzo lepka i trochę tłustawa. Znalazłam na niego mały sposób - moczę nim wacik (do czego potrzebuję kilkanaście przyciśnięć atomizera) i przecieram twarz, wtedy eliminuję problem zbyt dużej ilości produktu na twarzy i trochę minimalizuje tłustość. Wszystko fajnie, tylko że przy takim nakładaniu, jednorazowo muszę zużyć bardzo dużo toniku. Zużyję i na pewno nie wrócę, za dużo jest fajnych i bezproblemowych produktów, by się męczyć z tą mgiełką.



Testując kolejne balsamy do ust z Rossmanna, dochodzę do wniosku, że dobre pomadki ochronne robi tylko carmex. Nivea i Bielenda zmieniają tylko opakowania, a kolejne balsamy są równie średnie. Tylko zobaczcie...



Nivea, lip care, fruity shine watermelon

Innowacyjna formuła pomadki Fruity Shine Watermelon z Hydra IQ zapewnia długotrwałe nawilżenie. Połączenie arbuzowego aromatu i pigmentów zapewnia ekscytujący owocowy zapach i pozostawia muśnięcie koloru na miękkich i gładkich ustach.
 Na wstępie jesteśmy okłamywani przez producenta, ta pomadka nie nawilża. Zgodzę się z ładnym, arbuzowym zapachem i bardzo delikatnym muśnięciem koloru. Tak samo zachowują się pomadki nivea w metalowych słoiczkach. To oczywiście jest kwestia gustu i potrzeb, ale ja oczekuję od balsamów przede wszystkim nawilżenia, nie potrzebuję dodatków w stylu zabarwienia ust. Zapachu bym nie zamieniła, bo jest świetny :D.



I to na szczęście już wszystkie słabe kosmetyki, o których chciałam Wam opowiedzieć. Nawet nie wiecie jak ciężko pisze się posty o rozczarowaniach, buble to chyba za mocne słowo. Dużo łatwiej jest z ulubieńcami :). 
Teraz czekam na Waszą odpowiedź. Jak sprawdziły się Wam te kosmetyki? Trafiłyście ostatnio na jakieś kosmetyczne rozczarowania? Chcecie więcej postów tego typu?

Denko - kwiecień, maj 2019

Denko - kwiecień, maj 2019
Wiem, że od lutego nie byłam przykładną blogerką. Ostatnie miesiące mojego życia pochłonęły przygotowania do matury. Nie byłam w stanie skupić się także na blogu. Wolałam nie pisać, niż dodawać nie przemyślane posty. Proszę o wybaczenie za tak karygodnie długą przerwę i to trochę niezapowiedzianą. Jako, że matura już za mną, a przede mną najdłuższe wakacje życia, wracam do regularnego i przykładnego blogowania. Po tak długiej przerwie najpierw muszę zamknąć poprzednie miesiące, głównie tyczy się to denka, ulubieńców i przeglądu kulturalnego. Ale po kolei, dzisiaj porozmawiajmy sobie na temat zużytych przeze mnie produktów. Przy każdym kosmetyku emotikonem oznaczę produkty, które: kupię ponownie (👍), były przeciętne i już do nich nie wrócę (🤛) i buble (👎).

PS: Szykujcie się na dłuuuugi post. Stęskniłam się za pisaniem ;).

 Zganijcie jaki owoc lubię....

Po poniższym zdjęciu na pewno nie będzie trudno :D. Jak widzę jakikolwiek produkt z mango w składzie to automatycznie zapala mi się lampeczka - kupuj! No i kupuję :D. Co zużyłam z tym owocem w składzie w ubiegłych miesiącach?
  • Cien, pianka do mycia rąk, soczyste mango - o tym mydle dowiedziałam się od Justyny z bloga Rupieciarnia drobiazgów. Justyna zachwalała zapach, a że to główny czynnik, który kieruje mną przy wyborze mydła, to chciałam dać szansę wyrobowi Lidla. Okazało się że aromat rzeczywiście jest bardzo świeży, soczysty i zupełnie nie chemiczny. Każdy kto mył nim ręce w mojej łazience zachwalał zapach. Co do względów technicznych to atomizer bez zacinania się aplikuje solidną dawkę gęstej i mięsistej pianki. (👍)
  • Naturia, żel pod prysznic - Przypadkowo trafiła do mnie taka miniaturka. Jak wiecie rzadko który żel pod prysznic jest w stanie mnie zachwycić. Ten ma ładny zapach, trochę mniej mi się podoba niż mydło cien, ale wciąż to mangowy zapach. Sam żel jest mocno płynny i słabo się pieni. Wykończyłam go w ciągu tygodnia ;). (🤛)
  • Farmona, tutti frutti, mus do ciała - Jestem wielką fanką serii tutti frutti. W przed blogowym życiu testowałam praktycznie wszystkie produkty z tej serii. Teraz powoli do nich wracam, by sobie je przypomnieć. Z musem było tak, że kupiłam nie ten balsam który chciałam i tak już został. Zaczynamy od zapachu? To jest lekko brzoskwiniowy, mango czuć tak bardzo delikatnie w tle. Dla mnie to najsłabszy zapach z wszystkich trzech. W kwestii konsystencji nie oceniłabym jej jako mus (wciąż w głowie mam mus do kąpieli Nivea), raczej jako trochę galaretkowy balsam. Bardzo fajnie rozprowadza się po skórze, bez smug i co najważniejsze szybko się wchłania, pozostawiając gładką i nabłyszczoną skórę. To jest całkiem spoko balsam, ale spokojnie można znaleźć jego zamiennik. (🤛)


Twarz

Moja pielęgnacja jest jeszcze bardziej ograniczona niż ostatnio Wam pokazywałam, także moje zużycia w tej kategorii nie były spektakularne. Zużyłam:
  • bebeauty, waciki kosmetyczne - to się u mnie nigdy nie zmienia, zużywam jak wodę ;). (👍)
  • Skin in the city, nawilżająca pianka micelarna do demakijażu - nie zrobiłam jej osobnej recenzji, bo uważam, że po prostu nie warto się nad nią rozwodzić. Jest bardzo rozwodniona, przez co nawet nie odświeża twarzy. Totalnie nie warta zakupu ;). (👎)
  • Loreal, ekspert wieku na noc - tego produktu, nie zużyłam ja, a moja mama, ale wspominam o nim, by pokazać Wam, że istnieje i wymagająca skóra z zmarszczkami jest z niego zadowolona ;). (👍)

Maseczkowy raj

Ciągle mam dylemat czy robić recenzję z maseczkami, ponieważ przeglądając statystyki są to słabo czytane posty. Tym razem zdecydowałam się opisać je w denku.
  • Balea - wszystkie maseczki tej marki opisałam w tym poście (👍🤛)
  • 7th heaven, passion peel off mask - maseczka po otwarciu ma piękny zapach owoców leśnych, niespodziewałąm się że będzie to aż tak świeży i rzeczywisty. Niestety po rozprowadzeniu na skórze zapach staje się bardziej gumowy i też bardziej intensywny, do tego stopnia, że strasznie łzawiły mi oczy i to przez cały czas noszenia maseczki. Sama konsystencja produktu jest żelowa, gęsta i lepka. Dość szybko zastygła i przyjemnie się odrywała. Pozostawiła skórę w świetnym stanie. Nie mogłam przestać dotykać twarzy :). Dla efektu oczywiście bym ją kupiła ponownie, ale przez to łzawienie muszę się zastanowić ;). (👍/🤛)
  • Bielenda, cloud mask, mango - musujące maseczki to największy hit ostatnich miesięcy, więc i ja nie mogłam się nie skusić na nie. W dodatku była wersja mango, to już w ogóle jestem kupiona ;). Produkt ten jest bardzo fajny, mimo, że krótko leży na twarzy, bo bąbelkuje się błyskawicznie, to zdąży dość skutecznie oczyścić twarz. Na pewno zaopatrzę się w jeszcze nie jedną saszetkę ;). (👍)


Kolorówkowa zmiana warty

W minionych miesiącach udało mi się zużyć sporo kolorówki. To była dobra wymówka do obfitych zakupów na promocji w rossmannie (szkoda tylko, że trafiłam na bardzo słabo zaopatrzony sklep. Niemniej jednak udało mi się zakupić kilka rzeczy. Chcecie haul?). Ale żeby nie było, że tu biorę udział w projekcie pan, a kupuję nie potrzebne rzeczy. Okazuje się że po ponad pół roku panowania moja kolekcja znacznie się zredukowała (będzie post!) i obecnie nie mam już takich zapasów jak kiedyś. Równoważy się to z tym, że jak jeden produkt mi się skończy, w większości przypadków nie mam innego na zastępstwo, przez co trochę musiałam się zaopatrzyć w kwietniu. Winę mogę też trochę zwalić na sklepy. Poszalały z ilością promocji w kwietniu - a to weekend zniżek, a to -60% lipstickfreak, -55% Rossmann, same atrakcyjne wyprzedaże. I widzicie jak się rozpisałam i zeszłam z tematu... na prawdę brakowało mi pisania do Was. Wróćmy już do denka. W kwietniu i maju z kolorówki zużyłam:

  • Eveline, cień w kremie - bardzo mało go używałam, przez to że srebrno to nie koniecznie mój kolor. A dodatkowo nie podobało mi się jego wykończenie. Po roku od otwarcia cień zasechł się. Nie powiem, żebym była zawiedziona, że muszę go wyrzucić. Niestety, nie potrafiłam wykorzystać jego potencjału. (👎)
  • Rimmel, lasting finish, breathable - recenzja tutaj. Podkład ten był naprawdę fajny. Sęk w tym, że po ponad pół roku używania już mi się znudził. Póki co go nie odkupię, ale kiedyś na pewno do niego wrócę ;). (👍)
  • Eveline, magical colour correction, cc cream - recenzja tego produktu, to drugi najchętniej czytany u mnie post, a ostatnimi czasy to już w ogóle bije rekordy popularności. Wyrzucam ze względu na to, że minął jego krótki (półroczny) czas ważności. (🤛)
  • Sensique show off your lashes - recenzja tutaj. Przez to że daje efekt codzienny, mało spektakularny, raczej do niego nie wrócę ;). (🤛)
  • Lovely natural beauty blusher - Recenzja tutaj. Bardzo fajny róż. Lubiłam go używać, polecam :). (👍)
  • Lovely, gold highlighter - kultowy produkt, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Na pewno jeszcze kiedyś zawita do mojej kosmetyczki. (👍)
  • Rimmel match perfection - recenzja tutaj. Jest tyle podkładów na rynku, że nie wiem czy kiedyś do mnie trafi czy nie, ale muszę przyznać, że bardzo podobał mi się jak leżał na twarzy. (👍)
  • Avon, mark liquid lip lacquer - Recenzja tutaj. Póki co wyrzucam jeden kolor, a mam ochotę wszystkie. Ten jest totalnie nie mój, plastikowy i po prostu brzydki. Resztę spróbuję wykorzystać przy makijażu oka, ale nie gwarantuję, że w następnym denku się nie pojawią :D. (👎)
  • wet n wild, megalast, lakier do paznokci - Zepsułam mój ulubiony lakier. Jak? Zostawiłam go na oknie i przez słońce dokonał żywota :(. Muszę sobie kupić nową buteleczkę. (👍)
  • Makeup revolution, lip lava - recenzja tutaj. Mało jej używałam, tylko przez to, że źle dobrałam sobie kolor. Kupiłabym inny, ale przez internet strasznie ciężko coś dobrać. To miał być chłodny nudziak, a wyszło jak wyszło ;). (👍)
  • Bell, chillout, matowa pomadka - w moim rankingu pomadek jest trzecia. Tuż za maybelline i golden rose. Jest dość trwała, w miarę komfortowa i idealnie sucha w wykończeniu. Na jej zastępstwo kupiłam sobie pomadkę z serii bell dla Marceliny Zawadzkiej, może gdzieś tu się pojawi z recenzją ;). (👍)
  • golden rose, longstay, matowa pomadka nr 11 - to właśnie jedna z pomadek z drugiego miejsca mojej listy top szminek. Matowa, trwała o dużej gamie kolorystycznej. Uwielbiam! (👍)


I to już wszystko na dziś. Uff, trochę tego wyszło i pod względem ilości denka jak i ilości słów w poście, co? Ale tak bardzo się za Wami stęskniłam, że musiałam trochę sobie poklikać. Oczywiście tak jak zawsze proszę Was o podzielenie się Waszymi opiniami o kosmetykach które dzisiaj zaprezentowałam.

Recenzja zbiorcza - balea

Recenzja zbiorcza - balea
Nie ma już chyba bloga, w którym nie pojawiłby się choć jeden post z zachwytami nad produktami Balea. Jeśli jakimś cudem o niej nie słyszeliście to jest to niemiecka marka dostępna m.in. w DM. Ja swój komplet kosmetyków wygrałam w konkursie organizowanym przez SnuKraina i dzisaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na ich temat. Zapraszam na recenzję.

Duschgel, kiss the wave, żel pod prysznic

Żele pod prysznic to flagowy produkt Balea. Są bardzo tanie (w Polsce, w internecie można je znaleźć po 5 zł, więc podejrzewam, że w Niemczech są po około euro za sztukę), mają fajne zapach i ciekawą szatę graficzną.W przypadku kiss the wave opakowanie przywodzi na myśl lato. To samo dzieje się za każdym razem gdy otwieram opakowanie. Intensywnie czuć ananasa, może trochę kokos, w tle grają inne egoztyczne i słodkie owoce. Nigdy wcześniej nie wąchałam takiego zapachu, ale podoba mi się. Konsystencja jest żelowa i dość lejąca, dzięki czemu bez problemu wydobywa się z opakowania. Gładko rozprowadza się po ciele, roznosząc słodki zapach po całej łazience. Dobrze myje, nie uczula, ani nie wysusza. Nie jest to coś bardzo wyjątkowego, co koniecznie trzeba mieć, ale jest bardzo okej, zwłaszcza biorąc pod uwagę cenę.

Rasierschaum, moonlight fever, pianka do depilacji

W dziedzinie depilacji nie testuję zbyt dużo produktów, do tej pory najchętniej używałam musu Nivea, a to jest jego ulepszona wersja. Pianka intensywnie pachnie malinami i ma ładny, ciemno różowy kolor. Jej konsystencja jest bardzo konkretna, gęsta. Produkt równomiernie pokrywa ciało i nie znika po chwili, dlatego wspomniałam że to ulepszona wersja Nivea. Zapobiega podrażnieniom, skóra nóg jest dzięki niej bardzo miękka i nie potrzebuje na gwałt masła do ciała. Ten produkt zrobił na mnie duże wrażenie. 

Reinigendes handgel No drama lama, żel antybakteryjny

Ej, co tak pachnie... (kokosem, ciasteczkami, karmelem itd.)? To pytanie słyszę za każdym razem, gdy myje ręce żelem antybakteryjnym i za każdym razem osoba zadająca pytanie wymienia inny zapach. Dla mnie na początku to był kokos, a teraz już tylko ciasteczka. Opakowanie jest dużo fajniejsze niż w Bath and body works, nie otwiera się i nie wylewa w torebce, a także jest poręczniejsze dzięki futerałowi z gumy. Jeśli użyjecie zbyt dużo produktu to ręce mogą się troszkę lepić, ale nie jest to nic uciążliwego. Mój hit!

Time to glamour, maska peel off

Balea w swoim asortymencie ma szeroką ofertę maseczek, zarówno w saszetkach jak i w płachtach. Na półkach kuszą swoim ciekawym wyglądem, tak jak maseczka time to glamour. Jest pastelowa, nieco imituje błyskotki. Byłam bardzo ciekawa zawartości. W środku znajdujemy niebieską, metaliczną maź. Niestety w jednej saszetce jest za mało produktu na pokrycie całej twarzy. Starcza co najwyżej na policzki i nos. Bardzo intensywnie pachnie, przez co na początku łzawiły mi oczy. Później wciąż czułam dyskomfort, ale nie leciały mi łzy. Maseczka długo zastyga, bo około pół godziny. Odrywanie było bolesne, do tego stopnia, że zostały mi na twarzy czerwone plamy. Nie do końca znam niemiecki, dlatego nie znałam w stu procentach obietnic producenta. Z moich spostrzeżeń wynika, że maseczka jest oczyszczająca. Jest za mocna na moje suche policzki i za słaba na nos - nie wyczyściła wszystkich zaskórników. Skóra była po niej matowa, ale też gładka. Niestety nie spodobała mi się ta maska.

Vitamin maske, intensywnie odżywiająca maseczka do twarzy

 Jak już wspomniałam maseczki mają świetne opakowania. No bo kogo nie skusiłyby soczyste cytrusy? Zapach maseczki trochę mnie zawiódł, liczyłam na coś świeżego i cytrynowego, a otrzymałam prawie niewyczuwalny zapach jabłka :D. Dodatkowo produkt ma delikatnie żółty kolor. W czasie noszenia nie co piecze w twarz, to samo uczucie miała moja mama, z którą podzieliłam się drugą saszetką. Na szczęście maseczka nie wywołała u żadnej z nas reakcji alergicznej, ale zostawiła miękką i nawilżoną skórę. Porównałabym ten efekt do stanu twarzy tuż po obudzeniu się, przy zastosowaniu wieczorem dobrego kremu. To pieczenie było trochę niepokojące, a efekt okej, ale bez szału.

Tropical dream maske, maska do twarzy z ananasem i kokosem

Lato się zbliża, a ta maseczka przybliżyła go mi jeszcze bardziej. Bo chyba nie ma bardziej letniego połączenia niż kokos i ananas. W tym przypadku nie zawiodłam się na zapachu. Zarówno ananas jak i kokos są mocno wyczuwalne. Konsystencja maski jest gęsta i budyniowata. Tak się zagapiłam, że zapomniałam że ją noszę. Przez to, że dałam jej zaschnąć dość ciężko się zmywała. Jak zawsze zadziałał mój niezawodny sposób ściągania masek namoczonym wodą wacikiem. Po zmyciu warstwy 'budyniu' otrzymałam mięciutką, gładką i nawilżoną skórę. Ta maseczka spodobała mi się najbardziej ze wszystkich saszetek.

Tuchmaske hippie vibes, maseczka na twarz z tkaniny

Ostatnim produktem jaki chcę zrecenzować jest płachta od Balea. Dostałam ich więcej, ale do momentu robienia zdjęć uchowała się tylko jedna. Mimo, że miałam różne wersje, wszystkie sprawdziły mi się podobnie. Mają idealną grubość i stopień nasączenia, a także nie zsuwają się z twarzy. Ta ma ciekawy, owocowy zapach, kojarzy mi się z czymś, ale nie potrafię doprecyzować z czym ;). Bardzo fajnie nawilża,, wygładza, rozjaśnia i odświeża. Tania i fajna :).


Na co zdecydowałabym się ponownie? Na pewno  piankę do depilacji, żel antybakteryjny i maseczki w płachcie. Według mnie to wyjątkowe produkty, które w tak niskiej cenie i wysokiej jakości ciężko znaleźć. Nie umniejszam zasług żelów, rozumiem dlaczego wiele osób je uwielbia, ale podobne produkty znajdziemy choćby nawet u Isany, czy Palmolive.


A Wy co sądzicie o kosmetykach Balea? Testowaliście je już? Jaki jest Wasz must have z tej marki? A może wcale nie kusi Was ta marka? Koniecznie dajcie znać :).

Projekt denko - marzec 2019

Projekt denko - marzec 2019
Po dwóch miesiącach eksperymentów co do formuły co miesięcznych podsumowań denka i ulubieńców, wracam do starej wersji. Efekty moich zmian nie zadowoliły ani Was, ani mnie, więc nie ma co w to brnąć. W marcu udało mi się zużyć kilka ciekawych produktów, które dzisiaj Wam zaprezentuję. Emotikonami oznaczę produkty, które:
- kupię ponownie (👍)
- były średnie (🤛)
- nie sprawdziły mi się (👎)


  • Joanna ultra color system, szampon nadający platynowy odcień (👍)

Recenzja: tutaj

  • Nivea caring shower silk mousse, mus do ciała (👍)

Recenzja: tutaj

  • Nivea care shower creme care, żel pod prysznic (🤛)

O ile mus jest bardzo fajny i wyjątkowy, taka gęsta konsystencja nie zdarza się często, tak żel pod prysznic jest przeciętny, ani za wybitnie nie pachnie, ani za dobrze się nie utrzymuje na skórze.  

  • Organic shop, almond & honey milk, scrub do ciała (👍)

Recenzja: tutaj

  • Nacomi, candle shea natural body butter, balsam w świecy (👎)

Recenzja: tutaj


  • Garnier płyn micelarny (👍)

Recenzja: tutaj

  • Bielenda, kokos & aloes, olejek do demakijażu (👍)
Recenzja: tutaj

  • Bebeauty, płatki kosmetyczne (👍)
Bardzo fajne, tanie i nie rozwarstwiające się płatki, zużywam na potęgę ;).


Oprócz tego zużyłam kilka maseczek, które testuję do postu o Balea ;).



  • Nacomi, bubble bath powder sweet raspberry cupcake (🤛)
Recenzja: tutaj

  • Balea, żel antybakteryjny, no drama llama
Już niedługo pojawi się recenzja produktów balea, także proszę o cierpliwość :). 



  • Bourjois healthy mix bb cream (🤛)
Recenzja: tutaj



I to już wszystkie produkty które udało mi się zużyć. Większość to dobrze Wam znane, często pokazujące się tu kosmetyki. Trochę mi zeszło z publikacją tego denka, aż niedługo pojawi się kwietniowe, ze sporą ilością kosmetyków kolorowych. Jestem ciekawa Waszych opinii o kosmetykach z tego denka :)

Bitwa: MUR Conceal & Define vs Sensique high coverage liquid concealer

Bitwa: MUR Conceal & Define vs Sensique high coverage liquid concealer

Lubię makijaż i nie potrafię zdecydować, który element jest moim ulubionym. Zarówno podkład jak i korektor są bardzo ważne, ponieważ stanowią bazę pod kosmetyki kolorowe. O ile w przypadku podkładów nie jestem wybredna, lubię różne wykończenia i stopnie krycia, tak z korektorami ciężko mi dogodzić. Moimi faworytami są te, które mają żółte tony i mocne krycie. W dzisiejszym poście chciałabym zaprezentować Wam porównanie dwóch drogeryjnych i tanich korektorów o preferowanych przeze mnie właściwościach.


Makeup Revolution, conceal & define C4

Pojemność: 4g
Cena: w drogeriach internetowych można je znaleźć od 14 - 20 zł
Właściwości (posłużę się tu opisem z iperfumy.pl):
  • jest długotrwały, ma lekką konsystencję i wysokie krycie
  • maskuje zaczerwienienia, podkrążone oczy i przebarwienia
  • idealnie nadaje się do rozświetlenia okolic oczu
  • nie zbiera się w załamaniach skóry
  • duży aplikator umożliwia płynne nakładanie
  • dostępne zimne, neutralne lub ciepłe półtony
Skład: Aqua, Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Dimethicone Crosspolymer, Cyclopentasiloxane, Phenyl Trimethicone, Isododecane, Isobutylmethacrylate/Bis-Hydroxypropyl Dimethicone Acrylate, Cyclopemtasiloxane, Ethylhexyl Palmitate, Quaternium-90 Bentonite, Propylene Carbonate, Butylene Glycol, Polymethylsilsesquioxane, Cetyl PEG-PPG-10/1 Dimethicone, Hydrogenated Castor Oil, Silica, Sorbitan Sesquioleate, Sodium Chloride, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Triethylhexanoin, Cetyl PEG/PGG-10/1 Dimethicone, Polyglyceryl-4 Isostearate, Hexyl Laurate, Lecithin, Polyhydroxystearic Acid, Isopropyl Myristate, 2-Ethylhexyl Palmitate, Isostearic Acid, Polyglycerol-3 Polyricinoleate, Tocopheryl Acetate, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Rosa Rubiginosa (Rosehip) Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Camellia Sinensis Leaf Extract, (+/-) CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499

Korektor ma ładne i ciekawe opakowanie, nie co niższe, ale grubsze. Aplikator ma postać dużej pacynki, inspirowanej Tarte. Sugerując się opisem producenta co do kolorystyki zdecydowałam się na kolor C4. Nie jestem bladziochem, a i tak jest dla mnie dość ciemny i wpada w różowe tony. Krycie jest mocne i satysfakcjonujące mnie. Konsystencja jest lekka, nie wchodzi w załamania, ani nie wysusza. Wykończenie korektora jest satynowe, nie odbija zbyt mocno światła. Dlatego lubię go łączyć z satynowymi, bądź rozświetlającymi pudrami, np. Lovely HD. Nie jest aż tak bardzo trwały jak korektor Jumbo Lovely, ale w dalszym ciągu to długotrwały produkt. Pojemność 4 gram starcza na około 2 miesięcy intensywnego używania. Ucieka dość szybko, ale MUR wypuścili większą pojemność, więc to już nie jest problemem. Osobiście korektor bardzo mi się podoba, na pewno kupię go jeszcze raz. Tym razem uważniej dobiorę kolor ;).

Sensique, high coverage liquid concealer

Pojemność: 9ml 
Cena: 14.99 zł
Właściwości (drogerienatura.pl):Długotrwały korektor kryjąco-matujący. Idealnie kryje niedoskonałości, sprawia że skóra jest gładka I matowa. Polecany dla osób o cerze wrażliwej. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

Skład:Aqua, Cyclohexasiloxane, Cyclomethicone, Methyl Methacrylate Crosspolymer, PEG-10 Dimethicone, Quaternium-18 Hectorite, Glycerin, Isohexadecane, Cyclopentasiloxane, Polyglyceryl-4 Isostearate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Hexyl Laurate, Trimethylsiloxysilicate, Aluminum Hydroxide, Triethyl Citrate, Sodium Chloride, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Phenoxyethanol, Propylene Carbonate, Limnanthes Alba(Meadowfoam)Seed Oil, Prunus Armeniaca(Apricot)Kernel Oil, Butyrospermum Parkii(Shea Butter)Fruit, Isononyl Isonanoate, Diethylhexyl Syringylidenemalonate, Propylene Glycol, Parfum, Hydrogenated Vegetable Oil, Perfluorooctyl Triethoxysilane, Tocopheryl Acetate, Tocopherol, Olea Europaea(Olive)Fruit Oil, Olea Europaea(Olive)Husk Oil, Arctium Lappa Extract, Ethylhexylglycerin, Triethoxycaprylylsilane, Polyperfluoromethylisopropyl Ether, Caprylic/Capric Triglyceride, Silica, [+/- CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499].

W tym przypadku opakowanie jest bardziej standardowe, nie wyróżnia się na półce tak bardzo jak MUR. Aplikator jest cienki, błyszczykowaty i nie co twardy, nabierający jednorazowo małą ilość korektora. Gama kolorystyczna jest bardzo uboga. Na te czasy trzy odcienie, w dodatku mało różniące się od siebie to słaba reklama dla marki.Ja zdecydowałam się na numer 01. Jest to żółty odcień, który niestety ciemnieje i staje się pomarańczowy. Oksydację można trochę zrównoważyć żółtym pudrem, ale tam gdzie nie dokładnie się przypudruje, widać pomarańczowe plamy. Krycie jest imponujące, jeszcze lepsze niż w MUR. Wykończenie jest porównywalne, równie satynowe. Nie ma problemu z trwałością. Podsumowując wszystkie cechy jedynie krycie i wykończenie mi się podobają. Twardy aplikator, mały wybór kolorów, oksydacja nie koniecznie przekonują mnie do siebie. I nie sądzę, że warto się męczyć tylko dla dobrego krycia. 

porównanie aplikatorów
Od lewej: MUR, Sensique po kilku minutach, Sensique świeżo nałożony. Pamiętajcie, że skóra na ręce ma inne pH niż pod okiem, stąd poziom oksydacji jest inny na obu częściach ciała.
Tak oto przedstawiają się moje wrażenia dotyczące obu gagatków. Jestem ciekawa Waszych opinii. Jacy są Wasi ulubieńcy w tej dziedzinie? Polecicie mi coś dobrze kryjącego? Może też być wyższa półka cenowa ;). 
Copyright © 2016 GlamGirl , Blogger