Dlaczego bywają dni że mam ochotę rzucić blogowanie? #minusybyciablogerka

Dlaczego bywają dni że mam ochotę rzucić blogowanie? #minusybyciablogerka
Zaczynam pisać tego posta x razy, bo z jednej strony chcę być szczera, a z drugiej nie chcę być brutalna, ale niestety prawda o blogosferze nie zawsze jest piękna i zapakowana w bibułki. Mogę się założyć, że 90% blogerek zakłada swoją stronę, żeby dostać coś darmowego, wybić się, zdobyć fortunę. Teraz pewnie każdy czytelnik oburza się i myśli, że jest inaczej. Gówno prawda! Każdy dobrze wie, że jak na razie króluje youtube, blogi nie są wcale popularne, a żeby się utrzymać musisz komentować innym i liczyć, że odwiedzą Cię i oddadzą Ci komentarz. Taka jest prawda. "Zwykłych" czytelników mogę policzyć na palcach jednej ręki wliczając w to moją siostrę i dwie przyjaciółki. Zakładając bloga tego nie wiedziałam, myślałam, że za rok będę miała spokojnie kilka tysięcy czytelników w miesiącu i będę miała z kim podyskutować o tych moich kochanych kosmetykach. A co mnie spotkało? Komentarze bez przeczytania posta, czasem totalnie od czapy. Wyobraźcie sobie, że wstawiłam post o paletce cieni, a dostałam komentarz fajny tusz (?). Odpisuje na wszystkie komentarze i co na to miałam powiedzieć? Marzę o tym, by móc podyskutować z kimś o treści mojego posta. Oczywiście nie wszyscy tak robią. Uwielbiam czytać komentarze BlondeKitsune, albo Zaczarowanej, ona zawsze komentuje każdy kosmetyk zawarty w poście i od niej zaczerpnęłam inspirację jak powinno się pisać komentarze. Nie piszę tego by narzekać, ale żeby pokazać jeśli jakoś tu trafią aspirującym blogerkom, że nie zawsze jest tak kolorowo i że blogerka, która na swoim insta story pokazuje milion paczek pr musiała nieźle na to zapracować. A także ten piękny pokój do makijażu, tam gdzie nie sięga kamera jest zaśmiecony. Bawią mnie opinie, że ktoś dodaje TYLKO dwa posty/filmy w tygodniu, co innego ma do roboty... pranie, gotowanie, sprzątanie, nauka, rodzina. Zdjęcia do jednego posta zajmują mi ok. 2 h, to mój konik w blogowaniu. Uwielbiam je robić. Pisanie zajmuje mi jeszcze dłużej, bo z tym mam większy problem ;). Do tego testowanie, robienie notatek itd. To nie jest takie łatwe. Jak wiecie zgodziłam się na dwie współprace, kilka odrzuciłam, nie chcę żeby było, że ja jestem święta, bo nie jestem. Pewnie, że miło coś dostać. Bo dla prowadzenia posta trzeba mieć co pisać i czasami przynosi to spore koszty. Oprócz tych minusów widzę trzy małe plusiki - BlondeWhoz that girlZaczarowana. Przemiłe dziewczyny, autorki moich ulubionych blogów. Ktoś podejmie dyskusje?

Zatrzymaj chwilę z Printu....

Zatrzymaj chwilę z Printu....
Cóż to za paczka? W środku jest fotoksiążka, w której umieściłam fotografie z mojej 18. Wykonałam ją na stronie Printu. Znajdziecie tam mnóstwo szablonów, na każdą okazję. Do wyboru macie 190 szablonów podzielonych na 16 kategorii.

Po wybraniu szablonu macie możliwość wybrać okładkę - twardą, bądź miękką, oraz wykończenie kartek - matowe bądź błyszczące. Wybrałam twardą okładkę i błyszczące kartki. Grzbiet jest szyty. Wolę, gdy tak jest. Klejone książki szybko się rozpadają.



Zarówno pierwsza jak i ostatnia strona są czarne, matowe. Dalej uzupełniamy kartki wobec gotowego szablonu. Wklejami w puste miejsca zdjęcia, ale możemy też stworzyć własną kartkę, z wybraną przez nas ilością zdjęć i ich rozmieszczeniem.



Wybrałam szablon prezent na 18 ze względu na piękne wstawki, detale. Musicie przyznać, że wygląda to bardzo uroczo.





Jakość zdjęć w książce zależy od sprzętu jakim zostały wykonane. U mnie większość zrobiona jest aparatem, więc są ostre i wyraźne. Z szacunku dla mojej rodziny i znajomych, nie będę Wam pokazywać wszystkich zdjęć, ponieważ mogą oni sobie nie życzyć upubliczniania ich wizerunku.

Ale z chęcią pokażę Wam moje zdjęcie.


Podsumowując jakość książki jest świetna i warta swojej ceny. Tworzenie jej jest łatwe i proste. Jeśli mamy z czymś problem możemy skorzystać z pomocy konsultanta. Fotoksiążka to świetny pomysł na prezent, np. jako podziękowania dla rodziców podczas ślubu, czy z okazji imienin/urodzin. Ja uwielbiam "zatrzymywać chwile" w postaci zdjęć. Gdy są w komputerze, to rzadko do nich zaglądam, do tych w postaci papierowej dość często :). A Wy, jaki rodzaj zdjęć preferujecie? Robiłyście kiedyś fotoksiążkę? Jak Wam się podoba moja?


*Dziękuję stronie Printu i Aleksandrze za możliwość stworzenia własnej fotoksiążki.

Inglot Freedom System - warto?

Inglot Freedom System - warto?
 Z recenzją paletki Inglot Freedom system czekałam aż uzbieram całą 10, ale doszłam do wniosku, że na chwilę obecną mam tyle palet, że skomponowanie tej musi poczekać. Czy warto stworzyć własną paletkę od Inglota? Czytajcie dalej...

 Pusta paletka magnetyczna na 10 cieni kosztuje 26 zł, a pojedynczy wkład 16 zł. Paletka jest porządnie wykonana, nie wypadają z niej cienie. Podoba mi się fakt, że można połączyć wiele paletek, układając je jedna na drugiej i zamknąć jednym wieczkiem.

 Jeśli chodzi o same cienie dość mocno się pylą, przez skoncentrowanie w nich dużej ilości pigmentu. Są bardzo intensywne, dobrze się trzymają pędzla, łatwo się je blenduje, a co najważniejsze są mega trwałe. Gdy przygotowuję się na wielkie wyjście, na powieki zawsze lądują te cienie. Wiem, że mogę na nich polegać.


Jakie numery posiadam?
  • 330 - jasny, matowy beż - podstawa mojego makijażu oka. Nakładam go na łuk brwiowy, by rozjaśnić to miejsce. Przydaje się także do wyblendowania górnej granicy skończonego makijażu.
  • 337 - jasny, ciepły brąz, idealny w załamanie
  • 300 - ciepły, dość ciemny brąz - czasami wykorzystuje go pogłębiając załamanie, a czasami do przyciemnienia zewnętrznego kącika
  • 362 - mocny cukierkowy róż - przy stanowisku Inglota wyglądał troszkę inaczej, zmyliło mnie oświetlenie, ale w sumie jestem z niego zadowolona. Gdy mam ochotę się wyszaleć pod względem makijażowym zawsze się przydaje.
  • 297 - intensywny fiolet - uwielbiam nakładać go na dolną powiekę przy neutralnym makijażu górnej powieki, robi świetną robotę.
  • 378 - popielaty, zimny cień w załamanie.

Podliczając koszt całej palety wychodzi sporo, ale nie płacimy tyle na raz, a "na raty". W efekcie uzyskujemy dobrą jakościowo paletkę, a płacenie za nią nie boli aż tak bardzo. Jej największą zaletą jest możliwość wyboru kolorów jakie tylko sobie wymarzyłyśmy. Na początku miała to być moja uniwersalna paleta z zarówno neutralnymi jak i szalonymi cieniami. Teraz gdy mam bardzo neutralną Morphe, skończę tę paletę kupując odważne kolory, by móc się trochę pobawić. Innych kosmetyków Inglota nie mam. Komponujecie swoje paletki? Co uważacie o systemie freedom? Jakie kosmetyki tej marki polecacie?

Markowo - Organic shop. Najlepszy peeling na świecie i ciekawy krem do ciała.

Markowo - Organic shop. Najlepszy peeling na świecie i ciekawy krem do ciała.

Organic shop

 "Marka organicznych kosmetyków rosyjskich do pielęgnacji ciała, twarzy i włosóów zawierających naturalne ekstrakty i wyciągi roślinne. Kosmetyki bez barwników, parabenów i SLS."

To chyba najlepsze zdanie opisujące markę Organic Shop. Robiąc research w internecie znalazłam same dobre opinie. Marka nie ma własnej strony, jest łatwo dostępna, znajdziemy ją w praktycznie każdej drogerii internetowej. Stacjonarnie znajdziecie ją w Empiku i Naturze.

W urodzinowym haul'u mogliście zobaczyć, że dostałam dwa kultowe produkty marki: Indian Lotus Body Cream i Body Desserts almond & honey milk reviving body scrub.

Organic shop body desserts, almond & honey milk, reviving body scrub - odbudowujący scrub do ciała, migdały i miodowe mleko.

Pojemność: 450 ml
Cena: 27 zł

"... dzięki niezwykłej formule idealnie wygładza skórę, przenosząc Twoje zmysły do raju. Olej migdałowy i mleczne proteiny głęboko nawilżają skórę, podczas gdy organiczny miód i olej z kiełków pszenicy pobudza naturalną regenerację naskórka. W tym samym czasie organiczny cukier trzcinowy matuje skórę i nadaje jej piękny zdrowy wygląd."



Opakowanie jest bardzo duże, wykonane z porządnego plastiku. Po odkręceniu wieczka, pierwsze co zauważam to mocny, słodki zapach, nie potrafię go konkretnie zdefiniować. Konsystencję peelingu określiłabym jako masło z zatopionymi drobinkami. Jest zbita, trzyma się skóry, nie spada do wanny, szybko i łatwo roztapia się pod wpływem ciepła palców. Miałam w swojej kadencji kilka peelingów, ale ten bardzo miło mnie zaskoczył. Sprawia, że skóra jest gładka i miękka, usuwa wszelkie suche skórki. Dodatkowo pozostawia delikatny film, dzięki czemu czuję, że skóra jest nawilżona, a nie pozdzierana, jak to bywało u niektórych peelingów. Nie lubię gdy kosmetyki zostawiają warstwę na ciele, ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza, a nawet jestem z tego zadowolona.



Organic Shop, Lotus & oils body cream - krem do ciała indyjski lotos

Pojemność: 250 ml
Cena: 24 zł

"Ten lekki krem na bazie organicznego ekstraktu z kwaitów lotosu oraz pięciu innych organicznych olei z: jojoba, wiesiołka, amarantusa, słodkich migdałów i masła shea, regeneruje skórę sprawiając, że staje się ona gładka i miękka. Nie zawiera parabenów i silikonów."



Opakowanie wizualnie jest podobne co w przypadku scrub'u, z tym że jest trochę niższe i niestety wykonane z gorszej jakości plastiku. Zapach jest słodki, nieco mdły. Konsystencja jest kremowa, lekko lejąca. Na skórze rozprowadza się pozostawiając białe smugi, ciężko jest go wpracować w skórę. Nie jest to najlepiej nawilżający produkt na świecie, ale dla mojej skóry, która jest w dobrej kondycji, ten stopień nawilżenia jest wystarczający. Jestem rozdarta bo skład i nawilżenie jest okej, ale zapach i fakt, że robi smugi nie zadowala mnie.


Podsumowując z peelingu jestem bardzo zadowolona i jak tylko mi się skończy (co nie nastąpi prędko) kupię inną wersję zapachową. Z kremem trochę się nie polubiłam, dam mu jeszcze kilka szans. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Na pewno chcę poznać więcej kosmetyków tej marki, bo mimo wpadki z balsamem skład zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Dajcie znać czy miałyście te produkty i co o nich sądzicie, oraz co polecacie przetestować z marki Organic Shop.

Marzenia się spełniają, ale czy paleta o której marzyłam spełniła moje oczekiwania?

Marzenia się spełniają, ale czy paleta o której marzyłam spełniła moje oczekiwania?
O niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o palecie Morphe 35R. Dostałam ją od moich najlepszych przyjaciółek Patki i Klaudii (buziaki dla dziewczyn, na pewno mnie czytają). Jesteście ciekawe czy spełniła moje oczekiwania czy się zawiodłam? Czytajcie dalej!

Paletka jest zapakowana w kartonowe pudełko, bardzo proste, bez zbędnych grafik. W środku paletka jest owinięta folią, by nic się nie uszkodziło. Sama paleta jest wykonana z plastiku, nie jest jakiś mega gruby, ale bez obaw, nie powinien się uszkodzić. Produkt nie ma lusterka, ale ja i tak bym go nie używała i totalnie mi to nie przeszkadza ;).


Numer 35R charakteryzuje się ogromną ilością brązów w różnych odcieniach, urozmaicony w połyskujące cienie w różnych kolorach. Uważam, że jest to bardzo  uniwersalna paleta. Brązami możemy zbudować kontur oka, od jasnego do ciemnego i od ciepłego do zimnego. Do tego możemy dodać błyszczący cień i każdy makijaż będzie wyglądał inaczej.


Cienie są niezwykle miękkie pod palcami, bardzo dobrze na pigmentowane, łatwo się blendujące i niesamowicie trwałe! Poniżej możecie zobaczyć swatche wszystkich cieni z palety. Robiłam je palcem i nie nakładałam za dużo cienia.






Paletka kosztuje ok. 130 zł, jest to spora cena, ale absolutnie warta swojej ceny. Kiedyś, w dalekiej przyszłości, gdy choć trochę zużyję moje paletki to kupię sobie inną wersję kolorystyczną. Znacie cienie Morphe? Jakie macie wersje i co o nich sądzicie? Uważacie że droższe cienie są lepsze? W ogóle jaki macie stosunek do droższych kosmetyków?

Przegląd drogeryjnych umilaczy kąpieli #1

Przegląd drogeryjnych umilaczy kąpieli #1
Najlepszy sposób na relaks? Dla mnie to kąpiel w wannie. Dzisiaj chciałam rozpocząć serię z przeglądem umilaczy do kąpieli, łatwo dostępnych w drogeriach. W dzisiejszym poście pokażę Wam sól i kulę.


Sól do kąpieli Wellness & Beauty mango papaja (12.99 zł) posiadam jeszcze w starej wersji opakowania, teraz znajdziecie ją w szklanym słoiku. W przypadku soli do kąpieli nie robi mi to różnicy jak jest zapakowana, choć w przypadku szklanego pojemnika jest większe prawdopodobieństwo stłuczenia go.W środku znajdziemy intensywnie żółte granulki o różnej wielkości. Barwią one wodę na intensywnie1 żółty kolor. Uwielbiam zapach mango, ale w tym przypadku to okropny aromat. Kojarzy mi się z odświeżaczem powietrza w toalecie.  Dodatkowo sól spowodowała u mnie dyskomfort skóry, swędziała mnie, drażniła. Nie pamiętam na ile kąpieli mi starczył ten produkt, ale chciałam go jak najszybciej zużyć. Na pewno nie kupię go ponownie.


Na Instagramie szał robią kule do kąpieli, z brokatem, zmieniające kolor w wodzie marki Lush. Jak w wiadomo w Polsce nie ma ich produktów. Jako zamiennik postanowiłam przetestować Kulę body club aromatherapy o zapachu gardenii (ok. 5 zł). Na pewno znajdziecie ją w Naturze. Jest  to kula, która pod wpływem wody musuje, barwi wodę na pomarańczowo. Przepięknie pachnie, zapach ten unosi się po całej łazience. Po wyjściu z wanny na skórze zostaje delikatna powłoka, dzięki której czuć nawilżenie skóry po kąpieli. Po wytarciu ręcznikiem nie pozostaje żaden film, ani dziwne uczucie.



Podsumowując kulę bardzo polecam, soli niestety nie. Jakie są Wasze wrażenia dotyczące tych produktów? Co używacie by umilić sobie kąpiel? Jakie produkty przetestować następnie?

Recenzja - Biotaniqe macro hydro therapy pure detox charcoal cleanser

Recenzja - Biotaniqe macro hydro therapy pure detox charcoal cleanser

Przed promocją 2+2 w Rossmannie zauważyłam, że bardzo popularna stała się marka Biotaniqe. Jako że skończył się mój żel micelarny z Bielendy skusiłam się na: Biotaniqe macro hydro therapy pure detox charcoal cleanser (14.99 zł).


Opis produktu:
Węglowy Żel Myjący to innowacyjna formuła, która w kontakcie ze skórą tworzy delikatną mikropiankę natychmiastowo rozpuszczającą makijaż oraz zanieczyszczenia. Głęboko oczyszcza i Detoksykuje skórę. Konsystencja fluidu przywraca skórze jedwabistą gładkość i nawilżenie, pozostawiając ją świeżą i idealnie czystą. Daje przyjemne uczucie orzeźwienia. Aktywny węgiel z drzewa Ubame przyciąga i absorbuje toksyny, usuwa martwy naskórek, eliminuje i zapobiega niedoskonałościom. Odblokowuje i ściąga pory.


Za pomocą pompki wydobywamy z opakowania czarny żel, który po wmasowaniu w skórę zmienia się w jasnoszary, delikatny żel, coś z pianki w sobie ma. Wtedy dużo łatwiej go zmyć. W stu procentach usuwa makijaż, robi to nawet lepiej niż żel do demakijażu z Bielendy. Czuć wyraźne oczyszczenie, skóra jest gładka, miękka i świeża. Nie przesadzałabym z odblokowywaniem i ściąganiem porów, tu producent przekoloryzował sprawę. Czy eliminuje niedoskonałości? Na początku wszystkie niedoskonałości muszą wyjść ze skóry, jak to przy oczyszczającym produkcie, później będą pojawiać się sporadycznie, przynajmniej tak było w moim przypadku.





Podoba mi się ten produkt. Używam go z przyjemnością. Daje ogromną ulgę po całym dniu w makijażu, podczas panujących obecnie upałów. Znacie ten produkt? Jakie kosmetyki tej marki polecacie? 

Copyright © 2016 GlamGirl , Blogger