Węgiel, komórki macierzyste czy kolagen? Co wybierasz?

Węgiel, komórki macierzyste czy kolagen? Co wybierasz?
Mam spore zaległości maseczkowe tutaj na blogu. Dużo ich testuję a jakoś nie mam weny ich opisywać. W najbliższym czasie powinno pojawić się kilka takich wpisów, bo wiem, że jest tu kilka maniaczek takiej formy dbania o skórę ;).

Perfecta, express mask, aktywny węgiel, węglowa maska - detox, matowienie, oczyszczenie

Węgiel i mieszana skóra to genialne połączenie. Tutaj do węgla dodano glinkę. Maseczka ma stalowy kolor i gęstą konsystencję. Jest gęsta i bardzo dobrze kryje. Psikałam ją tonikiem by nie zastygła, ale i tak zagapiłam się i się zaschła na czole. Dość ciężko się ją ściągało, ale to jak każdą glinkę. Mi przy tym pomagają waciki, dzięki nim wszystko idzie bardzo sprawnie. Po jej użyciu skóra jest gładka, miękka i porządnie oczyszczona. Uwielbiam taki efekt!


Body club, maska do twarzy w płachcie, komórki macierzyste, energetyzujący zastrzyk, wilec

Rzadko która maska w płachcie mnie zachwyca i ta też jest średnia. Płachta ma fajną grubość, dobrze przylega do twarzy i jest bardzo mocno nasączona płynem. Bardzo mocno chłodziła twarz. Latem to było super, teraz już trochę mniej ;). Jak w większości masek skóra jest świeża, gładka, miękka w dotyku. Efekt w porządku, ale bez szału. 




Pilaten, kolagenowa maseczka do ust

Skusiłam się na nią tylko ze względu na wygląd. Nie liczyłam na coś specjalnego i było dokładnie tak jak myślałam. W opakowaniu mamy żelka, który się przesuwa. Nie czułam nic w trakcie noszenia. Po zdjęciu maseczki miałam wrażenie, jakbym obudziła się a poprzedniego wieczoru nałożyła średni balsam na usta. Kosztowała 4 zł i nawet tyle nie była warta ;).

W ty zestawieniu u mnie zdecydowanie wygrywa węgiel. Inne jak dla mnie nie są warte uwagi. Dajcie znać czy którąś testowałyście i czy takie gadżety jak ta ostatnia zachęcają Was do testów czy nie wierzycie w ich działanie.

#Przegląd kosmetyczki - rozświetlacze / The balm / MUR / Wibo / Lovely

#Przegląd kosmetyczki - rozświetlacze / The balm / MUR / Wibo / Lovely



 Insta glow czy naturalny błysk

Rozświetlacze to chyba najmodniejsze i najbardziej pożądane kosmetyki. Kiedyś nie za bardzo za nimi przepadałam. W miarę prób różnych tekstur, kolorów i stopnia rozświetlenia, przechodzenia od tych subtelniejszych do mokrej skóry pokochałam je. W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać egzemplarze jakie posiadam.



Wibo, i choose what i want, sun ray

Post o recenzji mojej paletki i choose what i want jest najpopularniejszy ze wszystkich i wcale się nie dziwię, że interesują Was te wkłady. Ich jakość jest genialna, a rozświetlacz sun ray towarzyszył mi od maja do października. Mimo, że stosowałam go tak długo bez przerwy nie doszłam jeszcze do dna ;). Przepięknie wygląda na opalonej skórze dzięki złotemu kolorowi i sporym drobinkom.Odbija światło mocniej niż nie jedna tafla ;). Warto dodać, że ma dość ciemną bazę i na bardzo bladej skórze może się odznaczać.

Lovely gold highlighter

Chyba nie ma osoby, która by o nim nie słyszała. Ten rozświetlacz jest jaśniejszy i daje dużo delikatniejszy, subtelniejszy efekt. Drobinki są mniej widoczne niż w przypadku wibo. Fajnie sprawdza się na co dzień, daje takie naturalne glow.

Makeup Revolution mono eyeshadow w odcieniu Base!

Warto czasami poszaleć z zastosowaniami kosmetyków. Okazało się, że ten cień pięknie wygląda na policzkach. Ma bardzo jasny kolor, dlatego używam go głównie zimą w połączeniu z jakimś innym, ciemniejszym. Efekt rozświetlenia jaki daje, to coś pomiędzy lovely a wibo. 

The manizer sisters

Siostry Lou, a dokładnie Mary Lou to chyba najpopularniejsze rozświetlacze. Betty i Cindy lądują na oczach, a Mary na policzkach. Wszystkie dają mocne rozświetlenie i taflę, nie ma w nich grama drobinek. Na wielkie wyjścia, przy mocniejszym makijażu nie wyobrażam sobie innego rozświetlacza. 

od lewej MUR, Lovely, Wibo, Mary Lou, Cindy Lou, Betty Lou

Powyżej wrzucam swatche wszystkich, by mogłybyście porównać kolory i stopień rozświetlenia. Nie potrafię wskazać, który jest moim najulubieńszym, bo każdy stosuję w innych sytuacjach. A Ty masz swój ulubiony rozświetlacz?

Denko - październik 2018

Denko - październik 2018
Denko to chyba mój ulubiony rodzaj postów. Lubię robić podsumowania miesiąca jeśli chodzi o zużycia, ale także lubię je czytać, ponieważ to duża dawka zbiorczych recenzji. Co miesiąc udaje mi się zebrać spore ilości zużyć i tak było i tym razem.


Joanna ultra color system shampoo (6.50 zł) - recenzja tutaj

Garnier Fructis siła i blask, szampon wzmacniający (12.99 zł) - szampon o dość gęstej konsystencji, ładnym zapachu i niskiej cenie. Troszeczkę za bardzo nabłyszcza włosy. Ja nie lubię takiego efektu, więc nie jestem zbytnio zachwycona.

 Kallos maska do włosów multivitamina (10 zł) - recenzja tutaj

Ziaja odżywka codzienna pielęgnacja, spray do każdego rodzaju włosów (10 zł) - recenzja tutaj

L'Oreal elseve, eliksir w sprayu, dwufazowy magiczna moc olejków (15.99 zł) - o ile olejki do twarzy uwielbiam, tak do włosów już nie koniecznie. Plusem jest ładny zapach i ułatwianie rozczesywania. Mi nie pasuje, bo nie lubię tej konsystencji. Moja siostra była zadowolona :).

Babydream żel do kąpieli i szampon (12.99 zł) - teoretycznie jest dla dzieci. Ja go używałam do mycia pędzli, do czego fajnie się sprawdził :).

Palmolive naturals, żel pod prysznic, almond & milk (9 zł)  - w bodajże poprzednim denku pokazywałam inną wersję zapachową tego żelu. Moje zdanie jest wciąż takie samo. Ładny zapach, sporo piany, dobre mycie. Jest dobry, ale nie najlepszy :).

Biały jeleń, żel pod prysznic kozie mleko (5 zł) - w czasie gdy coś mnie uczuli zawsze ratuję się tymi żelami. Bardzo delikatny dla skóry, ma wodnistą konsystencję, ale dobrze się pieni, fajnie oczyszcza.

Eveline Slim Extreme, 4D Scalpel, Turbo reduktor cellulitu (15.99 zł) - o ile uwielbiam gorącą kąpiel i wszystko co ciepłe, tak tu efekt rozgrzewający był za mocny. Ciężko mi było wytrzymać kilka minut masażu. Eliminuje to niestety ten produkt w mojej pielęgnacji. Na plus żelowa konsystencja, która przyjemnie rozprowadza się po ciele.

Mamas Babydream oliwka pielęgnacyjna (10 zł) - powoli to już klasyk w moich denkach. Wciąż uwielbiam je wsmarowywać w ciało po kąpieli. Na wersje nie zwracam uwagi, jak dla mnie wszystkie są takie same.

Perfecta błoto termalne, glinkowy scrub do ciała (25.99 zł) - przyjemny peeling, o fajnym zapachu. Nie mam zarzutów do jego działania, ale nie zrobił aż takiego wow, jak mój ulubieniec z organic shop.

Nivea invisible clear, black & white, antyperspirant w kulce (11.99 zł) - kulki nivea uwielbiam, miałam jednego faila, ale wybaczyłam im to. Wersja black & white jest moją ulubioną. Ładnie pachnie, daje uczucie świeżości i nie brudzi ubrań. Ulubieniec!

Evree odświeżający hamamelisowy tonik do twarzy (11.99 zł) - recenzja tutaj

UnderTwenty pianka do mycia twarzy (17.99 zł) - recenzja tutaj

Sarah Chapman skinesis overnight facial (300 zł) - dostałam to serum w prezencie. Ma super opakowanie i formę aplikacji. Konsystencja jest lekka, ale bardzo treściwa, świetnie nawilża. Sama na pewno nie dałabym tylu pieniędzy, nawet na tak fajny produkt.

Skin79 mild sun lotion spf 50+ (45 zł) - biały kolor filtra szybko znika, co jest dużym plusem tego kremu. Skóra jest dobrze chroniona przed słońcem. Ani nie trzyma mocno makijażu, ani go nie rozpuszcza. Uwaga na kontakt z oczami bo bardzo szczypie :).

Clinique take the day off cleansing balm (30 zł) - recenzja tutaj

Lynia olejek rozjaśniający (35 zł) - stosowałam go przed kremem na noc. Widocznie rozjaśnił przebarwienia po niedoskonałościach. Fajny produkt.

Lancome miniatura serum genifique - dostałam ją z wizażu. Serum ma dość żelową konsystencje. Bardzo przyjemnie pachnie. Szybko się wchłania w skórę. Zostawia ją nawilżoną i lepką. Fajnie trzyma makijaż. Mimo wszystko uważam że nie jest warte 325 zł za 30 ml. Cena jak z kosmosu....

Innisfree pianka do mycia twarzy - recenzja wszystkich produktów innisfree jakie posiadam pojawi się w najbliższym czasie, więc póki co nie zdradzę mojej opinii ;).

Tołpa, green oils, nawilżanie,  nawilżający krem wygładzający (22.99 zł) - w okresie jesienno - zimowym chętnie do niego wracam. Jest treściwy, dobrze się rozprowadza, bez białych smug (o ile nałożymy go w małej ilości). Bardzo dobrze nawilża. Pod makijaż jak dla mnie się nie nadaje, bo jest aż za treściwy.

Bebeauty, płatki kosmetyczne (5 zł) - są w każdym denku. Jak dla mnie najlepsze spośród supermarketowych.

W październiku zużyłam trochę maseczek i próbek. M.in świetnie nawilżającą maseczkę bebeauty i jak dla mnie przereklamowaną maseczkę marion. Co prawda jej konsystencja i zapach są ciekawe i bardzo przyjemne, o tyle że galaretka spada z twarzy i nie ma szans, żeby swobodnie chodzić po domu, trzeba leżeć. Efekty też nie są za spektakularne. 

Zużywanie kolorówki w związku z projektem pan idzie mi wyśmienicie jak widać na załączonym obrazku ;).

Uporządkowałam swoje klasyczne lakiery i wyrzuciłam te starsze i zaschnięte, razem 23 sztuki :).

I to już wszystko w dzisiejszym denku.  Dajcie znać co sądzicie o produktach, które zużyłam :).

Skuteczne pozbywanie się martwego naskórka + recenzja peelingu tołpa

Skuteczne pozbywanie się martwego naskórka + recenzja peelingu tołpa

Złuszczanie

Pisząc złuszczanie, mam na myśli zarówno twarz, jak i ciało. Uwielbiam świadomość i uczucie, gdy właśnie starłam cały martwy naskórek, a skóra jest gładka i miękka. Bez regularnego peelingowania staje się sucha, szara, z pozatykanymi porami, wypryskami i zaskórnikami. Nie wiem czy zauważyłyście, ale po porządnym złuszczaniu balsamy i kremy lepiej się wchłaniają.

Większość peelingów w drogeriach to mechaniczne sposoby złuszczania skóry, które czasami mogą ją podrażnić. Wyróżniamy też mechaniczne pozbywanie się naskórka przy pomocy kwasów i enzymów. Rozpuszczają one lipidy, które łączą martwe komórki naskórka. Kwasy docierają głęboko do porów i usuwają z nich sebum. Chemiczne peelingi należy używać po oczyszczeniu i tonizacji. Wszystkie scruby osłabiają naturalną barierę skóry, a pozbycie się martwego naskórka upodatnia nas na promieniowanie UV.

Jeśli chodzi o mój sposób na złuszczanie martwego naskórka na ciele używam sprawdzonego duetu - peelingu Organic Shop rękawice The body shop. Jego recenzję mogliście przeczytać tutaj. Do twarzy obecnie używam scrubu od tołpy, który był dla mnie nowością, a teraz chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami odnośnie jego działania.

Tołpa, green oils, matowienie, orzeźwiający żel peelingujący do mycia twarzy

Pojemność: 150 ml
Cena: 17 zł
Skład: Acqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Polysorbate 20, Perlite, Disodium Cocoamphodiacetate, Polyglyceryl-3 Caprate, Acrylates/ C10-C30 Alkyl Acrylate, Crosspolymer, Parfum,Peat Extract, Buddleja Davidii Meristem Cell Culture, Citrus Limon Peel Extract, Junglans Regia Shell Powder, Ribes Nigrum Fruit, Helianthus Annuus Seed Oil, Ascorbyl Palmitate, BHT< Xanthan Gum, Sodium Citrate, Sodium Hydroxide, Tetrasodium EDTA, Phenoxyethanol, Caprylyl Glycol.

Kupiłam go przy okazji zakupów spożywczych w Biedronce (jak większość kosmetyków tołpa). Zwróciłam na niego uwagę przez krzyczące do mnie hasła z etykiety - orzeźwiający żel peelingujący z olejem z cytryny. W przeciwieństwie do wielu osób kocham jeść cytryny, a tym razem byłam ciekawa czym zaskoczą mnie w kosmetykach.  Peeling ten zamknięty jest w tubce. Jak dla mnie to najlepsza forma dla tego typu produktów. Nie ma problemu z wydobyciem końcówki. W środku znajdziemy żel ze sporymi drobinkami z perlitu i łupinek orzecha włoskiego. Trochę się ich bałam, gdyż jak wiadomo naturalne drobinki łatwiej podrażniają skórę niż te chemiczne. Moje obawy trochę się potwierdziły. Jak dla mnie zalicza się do mocniejszych peelingów. Dobrze radzi sobie z suchymi skórkami, cera jest bardzo dobrze oczyszczona, choć pozostają na niej mikro drobinki, które ciężko domyć wodą. Czuję orzeźwienie, dlatego najchętniej stosuję go rano. W opakowaniu delikatnie czuć cytrynę, dopiero po roztarciu uwalnia się jej mocny aromat.




Podsumowując uważam, że to dobry peeling. Świetnie sprawdzi się rano dla pobudzenia skóry. Dla bardzo wrażliwej skóry może być za mocny ;).

Często zapominamy o regularnym złuszczaniu ciała i twarzy. Mi też się to zdarza, dlatego raz w tygodniu, zazwyczaj w soboty, robię sobie dzień spa. Każdej kobiecie polecam zaplanować kilka minut w tygodniu na porządne zadbanie o stan skóry. A Wy używacie peelingów? Jak często? Jakie marki najchętniej wybieracie? Co sądzicie o tym, który zrecenzowałam?

#recenzja - Ziaja codzienna odżywka pielęgnacyjna, Kallos maska multivitamina

#recenzja - Ziaja codzienna odżywka pielęgnacyjna, Kallos maska multivitamina
We wcześniejszych włosowych postach opisywałam już szampony i produkty utrzymujące zimny kolor, dzisiaj czas na maski i odżywki.

Ziaja odżywka codzienna pielęgnacja

Pojemność: 125 ml
Cena: 10 zł

Chyba każda z nas uwielbia zapach włosów tuż po wyjściu do fryzjera. Ta odżywka oddaje dokładnie taki aromat i dlatego się na nią skusiłam. Producent wypisuje bogatą listę zapewnień o działaniu tego spray'u, m.in.: odbudowanie struktury włosa, regenerację, zwiększenie wytrzymałości włosów na uszkodzenia, wygładzenie, ułatwienie w modelowaniu. No niestety trochę to gruszki na wierzbie... Zacznijmy od plusów. Spray wydobywa odpowiednią ilość produktu i nie zacina się. Tu się kończą zalety tej odżywki. Po pierwszym tygodniu używania odczułam, że moje włosy po wyschnięciu wyglądają jakby były nie umyte i dla mnie to niewybaczalny minus. Produkt niesamowicie obciąża włosy, w dotyku są lepkie i nie miłe. Długo zwalałam winę na szampon, ale po wypróbowaniu wszystkich kombinacji szamponów jakie mam, miałam z tą odżywką to musi być jej wina. Nie ułatwia rozczesywania, ani nie nawilża. Zapach, który tak mnie zachwycił nie utrzymuje się wcale. Pierwszy mój bubel od Ziai :(.


Kallos, maska do włosów multivitamina

Pojemność: 1l
Cena: 10 zł

Maski Kallos są charakterystyczne przez wielkie, litrowe opakowania i niskie ceny. Testowałam już wiele wersji (bananową, blueberry, proteinową...). Jak dla mnie wszystkie mają podobną gęstą konsystencję, biały kolor i identyczne działanie. Świetnie nawilżają włosy, nie obciążają ich, wygładzają. Stosunek ceny do jakości jest super. Różnią się zapachami. Ta pachnie genialnie. Bardzo owocowo. Przez dużą pojemność mogą się znudzić, wtedy wymieniam się za wersje z siostrą ;). Obecnie testuję nową dla mnie maskę i nie wiem czy nie znalazłam lepszego produktu od Kallosów ;).


Długo zalegałam z tą zbiorczą recenzją, ale chciałam by się pojawiła ze względu na przestrzeganie przed bublem i poleceniem dobrej maski w fajnej, niskiej cenie. Jestem ciekawa co sądzicie o odżywce Ziai i którą wersję Kallosa najbardziej lubicie?

Clinique - czy cena zawsze stoi za jakością?

Clinique - czy cena zawsze stoi za jakością?
Jak możecie zauważyć, na moim blogu rzadko pojawiają się drogie kosmetyki. Od dłuższego czasu miałam ochotę na masło do demakijażu clinique. Gdy tylko pojawiła się miniaturka zamówiłam do przetestowania. W gratisie dostałam dwie, całkiem spore miniatury.


Clinique, Take the day off, cleansing balm 

Pojemność/cena: 125ml/149zł; 15ml/29zł

Produkt znajduje się w szklanym opakowaniu z lustrzaną zakrętką. Jest bardzo porządne. Podoba mi się, że mimo, że to miniatura opakowanie jest identyczne co w klasycznej wersji. W środku znajdziemy zbite masło. Pierwsza warstwa jest trudna do wydobycia, później idzie coraz lepiej. Pod wpływem masażu produkt rozpuszcza się w olejek. Bardzo dobrze radzi sobie z makijażem, świetnie radzi sobie z pomadą do brwi, czy pomadką maybelline matte ink, którą ciężko usunąć. W moim przypadku szczypał mnie w oczy, dlatego po kilku próbach zaprzestałam używania go do tej części twarzy. Oprócz zmywania makijażu zmiękcza skórę, jest to efekt dokładnie taki jak po użyciu olejku do demakijażu bielendy. Ogólnie oceniam masło dobrze, ale nie jest ono warte tej ceny. Nie widzę w nim żadnych właściwości, które byłyby warte 150 zł. Tych 30 nie żałuję, bo zaspokoiłam ciekawość wobec tego kosmetyku. Jeśli chodzi o wydajność starczyło na niecałe 2 tygodnie używania. Więc myślę, że akurat tutaj zaplusował. Z pewnością przetestuję też rumiankowe masło do demakijażu the body shop, by porównać właściwości ;).



Clinique, take the day off, makeup remover

Pojemność/cena: 125ml/79zł
Jako, że ten płyn dwufazowy jest z tej serii co masło, ma identyczne opakowanie. Podoba mi się, że zakrętka działa jak w przypadku leków. Mamy pewność, że nic się przypadkiem nie otworzy. Z makijażem twarzy, brwi i ust radzi sobie bez zarzutu. Na oczach nie próbowałam, bo jest tłusty w konsystencji. Zostawia film, więc z pewnością zostawiłby mi na oczach uczucie mgły. Jak dla mnie to taka płynna wersja balsamu i zdecydowanie szybsza w użyciu. Już dawno nie miałam płynu dwufazowego i wiem czemu ich unikałam. Mimo, że świetnie radzą sobie z makijażem wodoodpornym są tłuste i to jest dla mnie nie do przejścia. Kolejna rzecz, która mnie zawiodła.



Clinique, pop matte lip colour + primer

Pojemność/cena: 2,3g/29zł, 3,9g/99zł
Bardzo mnie zadziwiła możliwość wyboru szminki jako gratisu do zamówienia. Bardzo się ucieszyłam. Pomadka opakowaniem wpisuje się w estetykę marki przez lustrzany element. Konsystencja jest kremowa, nawilżająca. Mój kolor to barepop - nudziak z drobinkami. Jest to dokładnie kolor moich ust. Pigmentacja jest fajna. Słabo się utrzymuje, ale zachowuje się jak każda inna szminka. Zdarzało jej się wysuszyć mi usta. Na co dzień to fajna opcja, by uzupełnić naturalny makijaż. Trzeba jednak pamiętać o codziennym nawilżaniu, by uniknąć przesuszenia.


Bardzo chciałabym przeprosić Was, za brak postów w minionym tygodniu. Nawał obowiązków nie pozwolił mi na przygotowanie nowych tekstów. Przepraszam i mam nadzieję że to się nie powtórzy. Jeśli chodzi o produkty clinique jakie posiadam są okej, ale nie dałabym tyle ile kosztują w pełnowymiarowych wersjach. Podobne kosmetyki działaniem znalazłam w drogeriach i szczerze wątpię by te clinique miały lepszy skład. To nie jest tak, że źle się nastawiłam na tę markę. Wręcz przeciwnie, jest tak reklamowana w internetach, że wiązałam z nią duże oczekiwania. Niestety się przejechałam. Może Wy macie lepsze zdanie o tych produktach? Macie jakiś ulubieńców wśród kosmetyków clinique? Jaki macie stosunek do drogich marek?

#Markowo - Bell, puder matujący, wydłużająca maskara, matowa pomadka

#Markowo - Bell, puder matujący, wydłużająca maskara, matowa pomadka

O marce

Bell to polska marka, która swoją działalność rozpoczęła 30 lat temu od produkcji plastikowych opakowań do kosmetyków i dezodorantów. Dopiero później, w latach 90. rozszerzyła działalność o kosmetyki kolorowe, ze względu na problemy z dystrybucją dezodorantów na wschód.

Produkty Bell znajdziemy w Biedronkach, niektórych Rossmannach, a także na ich oficjalnej stronie internetowej.

Look now, HD Powder, prasowany puder matujący

Cena: 10 zł
Pojemność: 9 ml
Opis producenta: Świetnie sprawdzi się w trakcie sesji fotograficznych. Możesz go stosować samodzielnie, nadając cerze świeży wygląd lub jako wykończenie makijażu nakładając na podkład. Perfekcyjnie wygładza, maskuje zmarszczki i delikatne niedoskonałości.

Zapewnienia producenta są bardzo obiecujące, musicie to przyznać. Puder jest zamknięty w plastikowym opakowaniu, nie jest to najtwardszy plastik, ale spotkanie z podłogą przeżył. Ma biały kolor, nie transparentny, biały. Testowałam go cały wrzesień, kiedy powoli schodziłam z opalenizny i mój podkład był o ton za ciemny. Wtedy lubiłam to rozjaśnienie. Z dobrze dopasowanym podkładem robi nam się trochę efekt duszka, ale da się to zbalansować bronzerem. Obecnie jest już na wykończeniu i mogę się założyć że połowa wylądowała na podłodze przez to jak mocno się pyli. Efekt na skórze jest matowy, lubi nierównomiernie się rozkładać, np. w załamaniach skrzydełek nosa lubi zostać grubsza warstwa, na szczęście da się ją wymieść. Pod oczami nie specjalnie wygląda. Czy wygładza? Sama nie wiem. Może trochę, bo nie podkreśla struktury skóry.  Podsumowując, produkt jest tani i jest zawsze w Biedronce. Efekt jaki daje nie jest moim ulubionym.




Bell, Chillout, Nude Mat Liquid Lipstick

Cena: 8.99 zł
Opis producenta: Matowe usta w odcieniach „nude” doskonale podkreślają każdy makijaż. Postaw na gładkie, matowe usta w stylowych kolorach z Chillout Nude Mat Liquid Lips. Płynna, zastygająca formuła pomadki pozwala na łatwą aplikację i długotrwały efekt. Nie rozmazuje się oraz nie pozostawia nieestetycznych śladów. Głęboki kolor utrzymuje się na ustach przez wiele godzin. Pomadka nawilża usta, dzięki czemu nie podkreśla suchych skórek.

Opakowanie może nie jest najpiękniejsze jakie kiedykolwiek miałam, ale liczy się środek, który jest bardzo ciekawy. Aplikator jest klasyczny, błyszczykowy, bardzo wygodny, łatwo nim wyrysować usta. Wybrałam nr 1, czyli klasyczny nude. Konsystencją przypomina mus, coś pomiędzy golden rose longstay, a golden rose soft & matte. Bardzo lubię pomadki o suchym wykończeniu, a ta taka jest. Nie wysusza mi ust. Utrzymuje się podobnie, do wspomnianej przeze mnie wcześniej pomadki longstay od golden rose. Bardzo chętnie i często ją noszę. 


Bell, mega lashes mascara long & curly

Cena: 12,19 zł
Nie znalazłam go w internecie, więc nie mogę dodać opisu producenta.  

W ostatnim czasie jakoś mi nie po drodze z tuszami do rzęs. Większość daje po prostu słaby efekt. Niestety z tym jest podobnie. Klasyczna szczoteczka ze spiralnie ułożonymi włoskami fajnie rozczesuje rzęsy. Tusz w konsystencji jest ani za rzadki, ani za gęsty i nabiera się na szczoteczkę w umiarkowanej ilości, więc raczej nie oblepia za mocno rzęs. Według producenta ma wydłużyć i podkręcić rzęsy. Jak dla mnie tego nie robi. O ile podkręcenie jeszcze jestem w stanie zauważyć, to wydłużenia już nie. Przeciętny efekt na co dzień. Przy bardziej spektakularnym makijażu oka rzęsy zwyczajnie giną, gdy są pomalowane tym tuszem.

Dajcie znać czy znacie te produkty i co o nich sądzicie. Jakie kosmetyki Bell polecacie? Jaki jest Wasz ulubiony tusz do rzęs? Jestem już zdesperowana jeśli chodzi o tę kwestię ;).

Co dwie blogerki, to dwie recenzje - lovely milky chocolate z Blonde Kitsune

Co dwie blogerki, to dwie recenzje - lovely milky chocolate z Blonde Kitsune
 Razem z Kamilą z bloga Blonde Kitsune wpadłyśmy na pomysł wspólnego posta. Chcemy zrecenzować jeden produkt, pokazując, że każda z nas wymaga czegoś innego od produktów, zwraca uwagę na inne aspekty, ale też ma inny styl pisania. W naszym przypadku sprawdzają nam się zupełnie różne produkty, więc obiecuję, że potwierdzi się teoria, co osoba to opinia. U mnie będzie recenzja Lovely milky chocolate matte face bronzer, a u Kamili pomadka Maybelline Matte Ink.


Pojemność: 10 g
Cena: 23.69 zł
Skład: Talc, Mica, Polyethylene, Magnesium Stearate, Bis-Diglyceryl Polyacyladipate-1, caprylic/capric Triglyceride, Ethylhexyl Stearate, Caprylyl Glycol, Phenoxyethanol, Parfum, Hexylene Glycol, Theobroma Cacao Extract, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Tocopherol, Anise Alkohol, Benzyl Benzoate, CI 77492, CI 77499, CI 77163, CI 77491, CI 77891.

Moja opinia: Z bronzerem jest tak, że trzeba do niego dojrzeć. Na początku mojej drogi makijażowej nawet nie myślałam żeby go używać. Byłam świadoma, że łatwo sobie zrobić krzywdę. Po latach testów różnych produktów mogę stwierdzić, że kluczem jest znaleźć dobry produkt i czekoladka nim nie jest. Wiem, że w pierwszych ulubieńcach na blogu, go polecałam, ale dopiero po czasie, gdy zobaczyłam różnicę, jak zachowuje się np. Kobo Sahara Sand, stwierdziłam jaką krzywdę robił mi bronzer lovely. Opakowanie jest ładne i urocze. Na wierzchu wybity ma kształt tabliczki czekolady i nawet pachnie jej aromatem.  Posiadam odcień medium. Mam ciepłą, żółtawą karnację, więc teoretycznie ciepławe kolory w lecie pięknie wyglądają na mojej skórze. Nie w tym przypadku ten jest dużo za rudy. Jeśli nałożymy na prawdę minimalną ilość to jest okej, ale wtedy praktycznie go nie widać. Przy "normalnej" ilości wyglądam jakbym nakładała go palcami bez lusterka. Robi okropne plamy, których nie da się rozetrzeć. Wibo ma dużo lepszy bronzery z wkładów i choose what i want i według mnie, nie ma co się męczyć z tym. Jednakże nie mogę mu odmówić dobrej trwałości i wydajności.

 Opinia Kamili: Hej, hej! Tu Blonde Kitsune, ale dziś gościnnie napiszę wam co nieco tutaj. Dlaczego? A no bo z Glam Girl często sobie rozmawiamy, przyjemnie nam się porusza różne tematy, aż w końcu doszłyśmy do wniosku, że i na blogach skrobniemy coś wspólnie. Spodobał mi się ten pomysł, bo recenzje Glam Girl są konkretne i lubię je czytać, a co ciekawe, często się przy tym nie zgadzamy, nasze odczucia są bardzo odmienne :D
Dziś z mojej strony będziecie mogły poczytać o bronzerze z Lovely w formie czekoladki. Posiadany przeze mnie odcień to Dark Chocolate, jest to ciepły kolor, typowo do ocieplania twarzy. Mnie produkt ten towarzyszy już niemal rok i choć bardzo go lubię, nie jest on niestety pozbawiony wad. Otóż jest za mocno napigmentowany – to, co cieni się przy produktach do oczu, przy kosmetykach do konturowania czy bronzowienia może być zgubne. Nietrudno tu o plamę, za to jej późniejsze roztarcie już może być trudne. Nawet bardzo, czasem kleksy bywają nie do odratowania, także jest to kosmetyk, który wymaga wprawnej ręki. Kiedy jednak już nauczymy się wyczuwać ten bronzer i odpowiednio stopniować go podczas aplikacji, to makijaż staje się bardzo przyjemny – produkt ten pięknie pachnie czekoladą, a zapach jest wyczuwalny nawet po roku „męczenia” czekoladki! Trwałość bronzera jest zadowalająca – u mnie utrzymuje się cały dzień bez żadnego problemu, pod koniec dnia policzki są podkreślone tak samo intensywnie, jak o poranku, po aplikacji. Dodatkowo kosmetyk ten jest niesamowicie wydajny, mimo regularnego stosowania, do denka mu jeszcze daleko i daleko, co w dużej mierze jest też zasługą jego intensywnej pigmentacji – produktu nie trzeba wiele, a w zasadzie im mniej, tym lepiej ;)

Z lewej Chest Nut I choose what i want, z prawej lovely milky chocolate medium
Zderzenie dwóch skrajnych opinii (w naszym przypadku często tak mamy :D). Myślę, że zauważacie różnice nie tylko w treści, ale i formie. W internecie znajdziecie mnóstwo blogów o tematyce beauty, ale wszystkie się od siebie znacznie różnią. Skupiamy się na innych aspektach, inaczej piszemy, dodajemy inne zdjęcia. Potwierdza się stwierdzenie, co osoba to inna opinia, także warto przed zakupem wyszukać opinie różnych osób.

Dajcie znać w którym teamie jesteście, w moim na nie, czy w Kamili na tak ;). Zapraszam Was do odwiedzenia jej stronki, dodaje przepiękne makijaże i bardzo szczegółowe recenzje. Koniecznie przeczytajcie nasz wspólny post o pomadkach Maybelline ;).
Copyright © 2016 GlamGirl , Blogger