Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #1

Kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy #1
Nikt nie lubi kupować słabych jakościowo kosmetyków. Ja też nie. Przez to, że tutaj bloguję i czasami oglądam kosmetyczne kanały na youtube znam dużo produktów i opinie na ich temat. Czasami jednak zdarza mi się kupić na szybko jakiś produkt, nowość, czy po prostu nierecenzowany, mało popularny kosmetyk. W wielu przypadkach testy kończyły się fiaskiem, byłam tak zawiedziona, że nawet nie myślałam o pisaniu recenzji na ich temat. Po czasie stwierdziłam, że to błąd i powinnam Was ostrzegać przed co niektórymi gagatkami. Dziś na takie ostrzeżenie czas. Zapraszam na recenzję czterech produktów, które nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia.


Do tej pory używałam tylko jeden suchy szampon - Batiste, ale niestety zdarzyło mi się tak, że w drogerii go nie było i musiałam przetestować nowość dla mnie - szampon Radical. O ile o marce słyszałam, tak o samym produkcie już nie. Sprawdźmy jak opis producenta ma się do rzeczywistości. 



Radical, suchy szampon do włosów przetłuszczających się

Suchy szampon do włosów przetłuszczających Radical to idealne rozwiązanie dla włosów wymagających odświeżenia. Skuteczna formuła, bazująca na starannie dobranych składnikach, nie tylko oczyszcza i intensywnie odświeża, ale także zmniejsza wydzielanie sebum i skłonność do przetłuszczania, wydłużając świeżość włosów do 24h.* Dodatkowo przywraca im lekkość i zwiększa objętość oraz nadaje przyjemny, świeży zapach, jak po umyciu głowy.
*czas działania zależy od indywidualnych predyspozycji i tendencji do przetłuszczania się włosów
Opakowanie jest klasyczne, mało spektakularne. Myślę, że nie ma co się nad nim rozwodzić. Przejdźmy do konkretów - głównym zadaniem suchego szamponu jest oczywiście odświeżenie włosów i tu upatruję pierwszej i największej wady produktu Radical. Tuż po rozpracowaniu szamponu we włosy (tu muszę zaznaczyć, że z tym nie ma problemu) efekt odświeżenia jest delikatny, a po godzinie praktycznie znikomy. Absolutnie szampon nie zmniejsza wydzielania sebum. Dodatkowo zapach wcale nie jest taki świeży, powiedziałabym wręcz że trochę duszący, a już na pewno nie jak po umyciu włosów. To co się zgadza z opisem producenta to zapewnienie o objętości, ale powinno być dopisane, że tylko na godzinkę :). Jak widzicie nijak nie można określić tego kosmetyku jako udanego.


Kolejne dwa produkty, które mnie rozczarowały są z dziedziny pielęgnacji. Na szczęście nie spowodowały widocznych na twarzy szkód, lecz po prostu okazały się nie tak idealne, jak reklamuje je producent. Przyjrzyjmy im się bliżej.


Skin in the city, nawilżająca pianka do demakijażu

Szybkie tempo życia w mieście może negatywnie wpływać na wygląd skóry.
Zagrożenia: zanieczyszczenia, stres, zmęczenie.
Strategia: Nowoczesna formuła, która chroni skórę przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych.
Miasto nigdy nie śpi. A Ty nie możesz pozwolić sobie na odpoczynek od odpowiedniej pielęgnacji. Pianka micelarna o lekkiej, puszystej konsystencji w wyjątkowo delikatny sposób pomaga oczyścić skórę twarzy i okolice oczu z makijażu i zanieczyszczeń. Pielęgnuje i nawilża skórę, pozostawiając ją gładką, miękką i pełna blasku. Dokładnie oczyszczając i odświeżając przygotowuje skórę do dalszej pielęgnacji.
Hipoalergiczna. Do wszystkich typów skóry, nawet wrażliwej.
 Rzadko jestem w Hebe, a gdy już jestem staram się kupować kosmetyki dostępne tylko w tej drogerii. Tak trafiłam na markę skin in the city. Co prawda nie mieszkam w mieście, a moja skóra raczej mało jest narażona na smog, ale uwielbiam pianki do tego stopnia, że nie mogłam przejść obojętnie koło nowego odkrycia. Dlaczego się zawiodłam? Sądzę, że od drogeryjnych pianek z reguły nie ma co dużo wymagać, głównie pomagają dokładnie zmyć tłusty film z wcześniejszego etapu pielęgnacji, demakijażu olejkiem, a także jest to fajna forma odświeżenia skóry tuż po obudzeniu się. O ile z zmyciem resztek olejku sobie radzi (te z Bielendy zostawiają po sobie mało filmu, więc raczej nie jest to trudne zadanie, żeby go zmyć), o tyle odświeżenia tu nie czuję. Myślę, że to wina konsystencji - pianka jest bardzo wodnista i słychać jak pękają bąbelki. W porównaniu, jajeczna pianka Isany, ma bardziej mięsistą konsystencję. Warto też wspomnieć o zapachu produktu Skin in the city, to dla mnie clin w bardziej kosmetycznej buteleczce. Nie widzę zalet tego produktu.


Bielenda, mgiełka kokos & aloes

Formuła bezalkoholowa. Tonizuje, nawilża, odświeża. Zostawia delikatną mgiełkę zapachową. Zawiera sok z liści aloesu, wodę kokosową oraz kwas hialuronowy. Lekki preparat w postaci mgiełki do twarzy i ciała, wspomagający rewitalizację, odświeżenie i nawilżenie skóry zarówno po procesie oczyszczania, jak i w trakcie dnia. Działa tonizująco i kondycjonująco na naskórek. Wiodącym składnikiem aktywnym mgiełki jest woda kokosowa, pełniąca funkcję naturalnego izotoniku, dostarczającego skórze suchej i odwodnionej wielu cennych minerałów i witamin, takich jak: potas, magnez, wapń, żelazo, fosfor, cynk i witaminy z grupy B. Sok z liści aloesu z kolei łagodzi, nawilża, wzmacnia i wygładza naskórek, a kwas hialuronowy wiąże wodę w naskórku i odpowiada za właściwy poziom nawilżenia. Działanie mgiełki wspomaga trehaloza - naturalny "strażnik", ograniczający migrację wody z naskórka. Mgiełka jest bezalkoholowa i delikatna, o pH neutralnym dla skóry. To idealny sposób na odświeżenie i nawilżenie naskórka przy zminimalizowaniu ryzyka podrażnień. Preparat przeznaczony jest do codziennego tonizowania i nawilżania cery suchej i odwodnionej, jest delikatny i łagodny.
Uwielbiam toniki i zdecydowanie ich nadużywam. Są świetne nie tylko do tonizacji, ale także wspaniale scalają makijaż. Przynajmniej tak sprawdzają mi się produkty Evree (słyszeliście, że ta marka kończy swój żywot? Wielka szkoda!) czy Ziai. Z Bielendą jest nie co inaczej. A mianowicie problem zaczyna się już przy atomizerze, który pluje zbyt dużą dawką produktu i zostawia spienione plamy kosmetyku (co od razu wyklucza go z stosowania na makijaż). Co więcej skóra po tym toniku jest bardzo lepka i trochę tłustawa. Znalazłam na niego mały sposób - moczę nim wacik (do czego potrzebuję kilkanaście przyciśnięć atomizera) i przecieram twarz, wtedy eliminuję problem zbyt dużej ilości produktu na twarzy i trochę minimalizuje tłustość. Wszystko fajnie, tylko że przy takim nakładaniu, jednorazowo muszę zużyć bardzo dużo toniku. Zużyję i na pewno nie wrócę, za dużo jest fajnych i bezproblemowych produktów, by się męczyć z tą mgiełką.



Testując kolejne balsamy do ust z Rossmanna, dochodzę do wniosku, że dobre pomadki ochronne robi tylko carmex. Nivea i Bielenda zmieniają tylko opakowania, a kolejne balsamy są równie średnie. Tylko zobaczcie...



Nivea, lip care, fruity shine watermelon

Innowacyjna formuła pomadki Fruity Shine Watermelon z Hydra IQ zapewnia długotrwałe nawilżenie. Połączenie arbuzowego aromatu i pigmentów zapewnia ekscytujący owocowy zapach i pozostawia muśnięcie koloru na miękkich i gładkich ustach.
 Na wstępie jesteśmy okłamywani przez producenta, ta pomadka nie nawilża. Zgodzę się z ładnym, arbuzowym zapachem i bardzo delikatnym muśnięciem koloru. Tak samo zachowują się pomadki nivea w metalowych słoiczkach. To oczywiście jest kwestia gustu i potrzeb, ale ja oczekuję od balsamów przede wszystkim nawilżenia, nie potrzebuję dodatków w stylu zabarwienia ust. Zapachu bym nie zamieniła, bo jest świetny :D.



I to na szczęście już wszystkie słabe kosmetyki, o których chciałam Wam opowiedzieć. Nawet nie wiecie jak ciężko pisze się posty o rozczarowaniach, buble to chyba za mocne słowo. Dużo łatwiej jest z ulubieńcami :). 
Teraz czekam na Waszą odpowiedź. Jak sprawdziły się Wam te kosmetyki? Trafiłyście ostatnio na jakieś kosmetyczne rozczarowania? Chcecie więcej postów tego typu?

Denko - kwiecień, maj 2019

Denko - kwiecień, maj 2019
Wiem, że od lutego nie byłam przykładną blogerką. Ostatnie miesiące mojego życia pochłonęły przygotowania do matury. Nie byłam w stanie skupić się także na blogu. Wolałam nie pisać, niż dodawać nie przemyślane posty. Proszę o wybaczenie za tak karygodnie długą przerwę i to trochę niezapowiedzianą. Jako, że matura już za mną, a przede mną najdłuższe wakacje życia, wracam do regularnego i przykładnego blogowania. Po tak długiej przerwie najpierw muszę zamknąć poprzednie miesiące, głównie tyczy się to denka, ulubieńców i przeglądu kulturalnego. Ale po kolei, dzisiaj porozmawiajmy sobie na temat zużytych przeze mnie produktów. Przy każdym kosmetyku emotikonem oznaczę produkty, które: kupię ponownie (👍), były przeciętne i już do nich nie wrócę (🤛) i buble (👎).

PS: Szykujcie się na dłuuuugi post. Stęskniłam się za pisaniem ;).

 Zganijcie jaki owoc lubię....

Po poniższym zdjęciu na pewno nie będzie trudno :D. Jak widzę jakikolwiek produkt z mango w składzie to automatycznie zapala mi się lampeczka - kupuj! No i kupuję :D. Co zużyłam z tym owocem w składzie w ubiegłych miesiącach?
  • Cien, pianka do mycia rąk, soczyste mango - o tym mydle dowiedziałam się od Justyny z bloga Rupieciarnia drobiazgów. Justyna zachwalała zapach, a że to główny czynnik, który kieruje mną przy wyborze mydła, to chciałam dać szansę wyrobowi Lidla. Okazało się że aromat rzeczywiście jest bardzo świeży, soczysty i zupełnie nie chemiczny. Każdy kto mył nim ręce w mojej łazience zachwalał zapach. Co do względów technicznych to atomizer bez zacinania się aplikuje solidną dawkę gęstej i mięsistej pianki. (👍)
  • Naturia, żel pod prysznic - Przypadkowo trafiła do mnie taka miniaturka. Jak wiecie rzadko który żel pod prysznic jest w stanie mnie zachwycić. Ten ma ładny zapach, trochę mniej mi się podoba niż mydło cien, ale wciąż to mangowy zapach. Sam żel jest mocno płynny i słabo się pieni. Wykończyłam go w ciągu tygodnia ;). (🤛)
  • Farmona, tutti frutti, mus do ciała - Jestem wielką fanką serii tutti frutti. W przed blogowym życiu testowałam praktycznie wszystkie produkty z tej serii. Teraz powoli do nich wracam, by sobie je przypomnieć. Z musem było tak, że kupiłam nie ten balsam który chciałam i tak już został. Zaczynamy od zapachu? To jest lekko brzoskwiniowy, mango czuć tak bardzo delikatnie w tle. Dla mnie to najsłabszy zapach z wszystkich trzech. W kwestii konsystencji nie oceniłabym jej jako mus (wciąż w głowie mam mus do kąpieli Nivea), raczej jako trochę galaretkowy balsam. Bardzo fajnie rozprowadza się po skórze, bez smug i co najważniejsze szybko się wchłania, pozostawiając gładką i nabłyszczoną skórę. To jest całkiem spoko balsam, ale spokojnie można znaleźć jego zamiennik. (🤛)


Twarz

Moja pielęgnacja jest jeszcze bardziej ograniczona niż ostatnio Wam pokazywałam, także moje zużycia w tej kategorii nie były spektakularne. Zużyłam:
  • bebeauty, waciki kosmetyczne - to się u mnie nigdy nie zmienia, zużywam jak wodę ;). (👍)
  • Skin in the city, nawilżająca pianka micelarna do demakijażu - nie zrobiłam jej osobnej recenzji, bo uważam, że po prostu nie warto się nad nią rozwodzić. Jest bardzo rozwodniona, przez co nawet nie odświeża twarzy. Totalnie nie warta zakupu ;). (👎)
  • Loreal, ekspert wieku na noc - tego produktu, nie zużyłam ja, a moja mama, ale wspominam o nim, by pokazać Wam, że istnieje i wymagająca skóra z zmarszczkami jest z niego zadowolona ;). (👍)

Maseczkowy raj

Ciągle mam dylemat czy robić recenzję z maseczkami, ponieważ przeglądając statystyki są to słabo czytane posty. Tym razem zdecydowałam się opisać je w denku.
  • Balea - wszystkie maseczki tej marki opisałam w tym poście (👍🤛)
  • 7th heaven, passion peel off mask - maseczka po otwarciu ma piękny zapach owoców leśnych, niespodziewałąm się że będzie to aż tak świeży i rzeczywisty. Niestety po rozprowadzeniu na skórze zapach staje się bardziej gumowy i też bardziej intensywny, do tego stopnia, że strasznie łzawiły mi oczy i to przez cały czas noszenia maseczki. Sama konsystencja produktu jest żelowa, gęsta i lepka. Dość szybko zastygła i przyjemnie się odrywała. Pozostawiła skórę w świetnym stanie. Nie mogłam przestać dotykać twarzy :). Dla efektu oczywiście bym ją kupiła ponownie, ale przez to łzawienie muszę się zastanowić ;). (👍/🤛)
  • Bielenda, cloud mask, mango - musujące maseczki to największy hit ostatnich miesięcy, więc i ja nie mogłam się nie skusić na nie. W dodatku była wersja mango, to już w ogóle jestem kupiona ;). Produkt ten jest bardzo fajny, mimo, że krótko leży na twarzy, bo bąbelkuje się błyskawicznie, to zdąży dość skutecznie oczyścić twarz. Na pewno zaopatrzę się w jeszcze nie jedną saszetkę ;). (👍)


Kolorówkowa zmiana warty

W minionych miesiącach udało mi się zużyć sporo kolorówki. To była dobra wymówka do obfitych zakupów na promocji w rossmannie (szkoda tylko, że trafiłam na bardzo słabo zaopatrzony sklep. Niemniej jednak udało mi się zakupić kilka rzeczy. Chcecie haul?). Ale żeby nie było, że tu biorę udział w projekcie pan, a kupuję nie potrzebne rzeczy. Okazuje się że po ponad pół roku panowania moja kolekcja znacznie się zredukowała (będzie post!) i obecnie nie mam już takich zapasów jak kiedyś. Równoważy się to z tym, że jak jeden produkt mi się skończy, w większości przypadków nie mam innego na zastępstwo, przez co trochę musiałam się zaopatrzyć w kwietniu. Winę mogę też trochę zwalić na sklepy. Poszalały z ilością promocji w kwietniu - a to weekend zniżek, a to -60% lipstickfreak, -55% Rossmann, same atrakcyjne wyprzedaże. I widzicie jak się rozpisałam i zeszłam z tematu... na prawdę brakowało mi pisania do Was. Wróćmy już do denka. W kwietniu i maju z kolorówki zużyłam:

  • Eveline, cień w kremie - bardzo mało go używałam, przez to że srebrno to nie koniecznie mój kolor. A dodatkowo nie podobało mi się jego wykończenie. Po roku od otwarcia cień zasechł się. Nie powiem, żebym była zawiedziona, że muszę go wyrzucić. Niestety, nie potrafiłam wykorzystać jego potencjału. (👎)
  • Rimmel, lasting finish, breathable - recenzja tutaj. Podkład ten był naprawdę fajny. Sęk w tym, że po ponad pół roku używania już mi się znudził. Póki co go nie odkupię, ale kiedyś na pewno do niego wrócę ;). (👍)
  • Eveline, magical colour correction, cc cream - recenzja tego produktu, to drugi najchętniej czytany u mnie post, a ostatnimi czasy to już w ogóle bije rekordy popularności. Wyrzucam ze względu na to, że minął jego krótki (półroczny) czas ważności. (🤛)
  • Sensique show off your lashes - recenzja tutaj. Przez to że daje efekt codzienny, mało spektakularny, raczej do niego nie wrócę ;). (🤛)
  • Lovely natural beauty blusher - Recenzja tutaj. Bardzo fajny róż. Lubiłam go używać, polecam :). (👍)
  • Lovely, gold highlighter - kultowy produkt, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Na pewno jeszcze kiedyś zawita do mojej kosmetyczki. (👍)
  • Rimmel match perfection - recenzja tutaj. Jest tyle podkładów na rynku, że nie wiem czy kiedyś do mnie trafi czy nie, ale muszę przyznać, że bardzo podobał mi się jak leżał na twarzy. (👍)
  • Avon, mark liquid lip lacquer - Recenzja tutaj. Póki co wyrzucam jeden kolor, a mam ochotę wszystkie. Ten jest totalnie nie mój, plastikowy i po prostu brzydki. Resztę spróbuję wykorzystać przy makijażu oka, ale nie gwarantuję, że w następnym denku się nie pojawią :D. (👎)
  • wet n wild, megalast, lakier do paznokci - Zepsułam mój ulubiony lakier. Jak? Zostawiłam go na oknie i przez słońce dokonał żywota :(. Muszę sobie kupić nową buteleczkę. (👍)
  • Makeup revolution, lip lava - recenzja tutaj. Mało jej używałam, tylko przez to, że źle dobrałam sobie kolor. Kupiłabym inny, ale przez internet strasznie ciężko coś dobrać. To miał być chłodny nudziak, a wyszło jak wyszło ;). (👍)
  • Bell, chillout, matowa pomadka - w moim rankingu pomadek jest trzecia. Tuż za maybelline i golden rose. Jest dość trwała, w miarę komfortowa i idealnie sucha w wykończeniu. Na jej zastępstwo kupiłam sobie pomadkę z serii bell dla Marceliny Zawadzkiej, może gdzieś tu się pojawi z recenzją ;). (👍)
  • golden rose, longstay, matowa pomadka nr 11 - to właśnie jedna z pomadek z drugiego miejsca mojej listy top szminek. Matowa, trwała o dużej gamie kolorystycznej. Uwielbiam! (👍)


I to już wszystko na dziś. Uff, trochę tego wyszło i pod względem ilości denka jak i ilości słów w poście, co? Ale tak bardzo się za Wami stęskniłam, że musiałam trochę sobie poklikać. Oczywiście tak jak zawsze proszę Was o podzielenie się Waszymi opiniami o kosmetykach które dzisiaj zaprezentowałam.

Recenzja zbiorcza - balea

Recenzja zbiorcza - balea
Nie ma już chyba bloga, w którym nie pojawiłby się choć jeden post z zachwytami nad produktami Balea. Jeśli jakimś cudem o niej nie słyszeliście to jest to niemiecka marka dostępna m.in. w DM. Ja swój komplet kosmetyków wygrałam w konkursie organizowanym przez SnuKraina i dzisaj chciałabym się z Wami podzielić moją opinią na ich temat. Zapraszam na recenzję.

Duschgel, kiss the wave, żel pod prysznic

Żele pod prysznic to flagowy produkt Balea. Są bardzo tanie (w Polsce, w internecie można je znaleźć po 5 zł, więc podejrzewam, że w Niemczech są po około euro za sztukę), mają fajne zapach i ciekawą szatę graficzną.W przypadku kiss the wave opakowanie przywodzi na myśl lato. To samo dzieje się za każdym razem gdy otwieram opakowanie. Intensywnie czuć ananasa, może trochę kokos, w tle grają inne egoztyczne i słodkie owoce. Nigdy wcześniej nie wąchałam takiego zapachu, ale podoba mi się. Konsystencja jest żelowa i dość lejąca, dzięki czemu bez problemu wydobywa się z opakowania. Gładko rozprowadza się po ciele, roznosząc słodki zapach po całej łazience. Dobrze myje, nie uczula, ani nie wysusza. Nie jest to coś bardzo wyjątkowego, co koniecznie trzeba mieć, ale jest bardzo okej, zwłaszcza biorąc pod uwagę cenę.

Rasierschaum, moonlight fever, pianka do depilacji

W dziedzinie depilacji nie testuję zbyt dużo produktów, do tej pory najchętniej używałam musu Nivea, a to jest jego ulepszona wersja. Pianka intensywnie pachnie malinami i ma ładny, ciemno różowy kolor. Jej konsystencja jest bardzo konkretna, gęsta. Produkt równomiernie pokrywa ciało i nie znika po chwili, dlatego wspomniałam że to ulepszona wersja Nivea. Zapobiega podrażnieniom, skóra nóg jest dzięki niej bardzo miękka i nie potrzebuje na gwałt masła do ciała. Ten produkt zrobił na mnie duże wrażenie. 

Reinigendes handgel No drama lama, żel antybakteryjny

Ej, co tak pachnie... (kokosem, ciasteczkami, karmelem itd.)? To pytanie słyszę za każdym razem, gdy myje ręce żelem antybakteryjnym i za każdym razem osoba zadająca pytanie wymienia inny zapach. Dla mnie na początku to był kokos, a teraz już tylko ciasteczka. Opakowanie jest dużo fajniejsze niż w Bath and body works, nie otwiera się i nie wylewa w torebce, a także jest poręczniejsze dzięki futerałowi z gumy. Jeśli użyjecie zbyt dużo produktu to ręce mogą się troszkę lepić, ale nie jest to nic uciążliwego. Mój hit!

Time to glamour, maska peel off

Balea w swoim asortymencie ma szeroką ofertę maseczek, zarówno w saszetkach jak i w płachtach. Na półkach kuszą swoim ciekawym wyglądem, tak jak maseczka time to glamour. Jest pastelowa, nieco imituje błyskotki. Byłam bardzo ciekawa zawartości. W środku znajdujemy niebieską, metaliczną maź. Niestety w jednej saszetce jest za mało produktu na pokrycie całej twarzy. Starcza co najwyżej na policzki i nos. Bardzo intensywnie pachnie, przez co na początku łzawiły mi oczy. Później wciąż czułam dyskomfort, ale nie leciały mi łzy. Maseczka długo zastyga, bo około pół godziny. Odrywanie było bolesne, do tego stopnia, że zostały mi na twarzy czerwone plamy. Nie do końca znam niemiecki, dlatego nie znałam w stu procentach obietnic producenta. Z moich spostrzeżeń wynika, że maseczka jest oczyszczająca. Jest za mocna na moje suche policzki i za słaba na nos - nie wyczyściła wszystkich zaskórników. Skóra była po niej matowa, ale też gładka. Niestety nie spodobała mi się ta maska.

Vitamin maske, intensywnie odżywiająca maseczka do twarzy

 Jak już wspomniałam maseczki mają świetne opakowania. No bo kogo nie skusiłyby soczyste cytrusy? Zapach maseczki trochę mnie zawiódł, liczyłam na coś świeżego i cytrynowego, a otrzymałam prawie niewyczuwalny zapach jabłka :D. Dodatkowo produkt ma delikatnie żółty kolor. W czasie noszenia nie co piecze w twarz, to samo uczucie miała moja mama, z którą podzieliłam się drugą saszetką. Na szczęście maseczka nie wywołała u żadnej z nas reakcji alergicznej, ale zostawiła miękką i nawilżoną skórę. Porównałabym ten efekt do stanu twarzy tuż po obudzeniu się, przy zastosowaniu wieczorem dobrego kremu. To pieczenie było trochę niepokojące, a efekt okej, ale bez szału.

Tropical dream maske, maska do twarzy z ananasem i kokosem

Lato się zbliża, a ta maseczka przybliżyła go mi jeszcze bardziej. Bo chyba nie ma bardziej letniego połączenia niż kokos i ananas. W tym przypadku nie zawiodłam się na zapachu. Zarówno ananas jak i kokos są mocno wyczuwalne. Konsystencja maski jest gęsta i budyniowata. Tak się zagapiłam, że zapomniałam że ją noszę. Przez to, że dałam jej zaschnąć dość ciężko się zmywała. Jak zawsze zadziałał mój niezawodny sposób ściągania masek namoczonym wodą wacikiem. Po zmyciu warstwy 'budyniu' otrzymałam mięciutką, gładką i nawilżoną skórę. Ta maseczka spodobała mi się najbardziej ze wszystkich saszetek.

Tuchmaske hippie vibes, maseczka na twarz z tkaniny

Ostatnim produktem jaki chcę zrecenzować jest płachta od Balea. Dostałam ich więcej, ale do momentu robienia zdjęć uchowała się tylko jedna. Mimo, że miałam różne wersje, wszystkie sprawdziły mi się podobnie. Mają idealną grubość i stopień nasączenia, a także nie zsuwają się z twarzy. Ta ma ciekawy, owocowy zapach, kojarzy mi się z czymś, ale nie potrafię doprecyzować z czym ;). Bardzo fajnie nawilża,, wygładza, rozjaśnia i odświeża. Tania i fajna :).


Na co zdecydowałabym się ponownie? Na pewno  piankę do depilacji, żel antybakteryjny i maseczki w płachcie. Według mnie to wyjątkowe produkty, które w tak niskiej cenie i wysokiej jakości ciężko znaleźć. Nie umniejszam zasług żelów, rozumiem dlaczego wiele osób je uwielbia, ale podobne produkty znajdziemy choćby nawet u Isany, czy Palmolive.


A Wy co sądzicie o kosmetykach Balea? Testowaliście je już? Jaki jest Wasz must have z tej marki? A może wcale nie kusi Was ta marka? Koniecznie dajcie znać :).

Projekt denko - marzec 2019

Projekt denko - marzec 2019
Po dwóch miesiącach eksperymentów co do formuły co miesięcznych podsumowań denka i ulubieńców, wracam do starej wersji. Efekty moich zmian nie zadowoliły ani Was, ani mnie, więc nie ma co w to brnąć. W marcu udało mi się zużyć kilka ciekawych produktów, które dzisiaj Wam zaprezentuję. Emotikonami oznaczę produkty, które:
- kupię ponownie (👍)
- były średnie (🤛)
- nie sprawdziły mi się (👎)


  • Joanna ultra color system, szampon nadający platynowy odcień (👍)

Recenzja: tutaj

  • Nivea caring shower silk mousse, mus do ciała (👍)

Recenzja: tutaj

  • Nivea care shower creme care, żel pod prysznic (🤛)

O ile mus jest bardzo fajny i wyjątkowy, taka gęsta konsystencja nie zdarza się często, tak żel pod prysznic jest przeciętny, ani za wybitnie nie pachnie, ani za dobrze się nie utrzymuje na skórze.  

  • Organic shop, almond & honey milk, scrub do ciała (👍)

Recenzja: tutaj

  • Nacomi, candle shea natural body butter, balsam w świecy (👎)

Recenzja: tutaj


  • Garnier płyn micelarny (👍)

Recenzja: tutaj

  • Bielenda, kokos & aloes, olejek do demakijażu (👍)
Recenzja: tutaj

  • Bebeauty, płatki kosmetyczne (👍)
Bardzo fajne, tanie i nie rozwarstwiające się płatki, zużywam na potęgę ;).


Oprócz tego zużyłam kilka maseczek, które testuję do postu o Balea ;).



  • Nacomi, bubble bath powder sweet raspberry cupcake (🤛)
Recenzja: tutaj

  • Balea, żel antybakteryjny, no drama llama
Już niedługo pojawi się recenzja produktów balea, także proszę o cierpliwość :). 



  • Bourjois healthy mix bb cream (🤛)
Recenzja: tutaj



I to już wszystkie produkty które udało mi się zużyć. Większość to dobrze Wam znane, często pokazujące się tu kosmetyki. Trochę mi zeszło z publikacją tego denka, aż niedługo pojawi się kwietniowe, ze sporą ilością kosmetyków kolorowych. Jestem ciekawa Waszych opinii o kosmetykach z tego denka :)

Bitwa: MUR Conceal & Define vs Sensique high coverage liquid concealer

Bitwa: MUR Conceal & Define vs Sensique high coverage liquid concealer

Lubię makijaż i nie potrafię zdecydować, który element jest moim ulubionym. Zarówno podkład jak i korektor są bardzo ważne, ponieważ stanowią bazę pod kosmetyki kolorowe. O ile w przypadku podkładów nie jestem wybredna, lubię różne wykończenia i stopnie krycia, tak z korektorami ciężko mi dogodzić. Moimi faworytami są te, które mają żółte tony i mocne krycie. W dzisiejszym poście chciałabym zaprezentować Wam porównanie dwóch drogeryjnych i tanich korektorów o preferowanych przeze mnie właściwościach.


Makeup Revolution, conceal & define C4

Pojemność: 4g
Cena: w drogeriach internetowych można je znaleźć od 14 - 20 zł
Właściwości (posłużę się tu opisem z iperfumy.pl):
  • jest długotrwały, ma lekką konsystencję i wysokie krycie
  • maskuje zaczerwienienia, podkrążone oczy i przebarwienia
  • idealnie nadaje się do rozświetlenia okolic oczu
  • nie zbiera się w załamaniach skóry
  • duży aplikator umożliwia płynne nakładanie
  • dostępne zimne, neutralne lub ciepłe półtony
Skład: Aqua, Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Dimethicone Crosspolymer, Cyclopentasiloxane, Phenyl Trimethicone, Isododecane, Isobutylmethacrylate/Bis-Hydroxypropyl Dimethicone Acrylate, Cyclopemtasiloxane, Ethylhexyl Palmitate, Quaternium-90 Bentonite, Propylene Carbonate, Butylene Glycol, Polymethylsilsesquioxane, Cetyl PEG-PPG-10/1 Dimethicone, Hydrogenated Castor Oil, Silica, Sorbitan Sesquioleate, Sodium Chloride, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Triethylhexanoin, Cetyl PEG/PGG-10/1 Dimethicone, Polyglyceryl-4 Isostearate, Hexyl Laurate, Lecithin, Polyhydroxystearic Acid, Isopropyl Myristate, 2-Ethylhexyl Palmitate, Isostearic Acid, Polyglycerol-3 Polyricinoleate, Tocopheryl Acetate, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Rosa Rubiginosa (Rosehip) Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Camellia Sinensis Leaf Extract, (+/-) CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499

Korektor ma ładne i ciekawe opakowanie, nie co niższe, ale grubsze. Aplikator ma postać dużej pacynki, inspirowanej Tarte. Sugerując się opisem producenta co do kolorystyki zdecydowałam się na kolor C4. Nie jestem bladziochem, a i tak jest dla mnie dość ciemny i wpada w różowe tony. Krycie jest mocne i satysfakcjonujące mnie. Konsystencja jest lekka, nie wchodzi w załamania, ani nie wysusza. Wykończenie korektora jest satynowe, nie odbija zbyt mocno światła. Dlatego lubię go łączyć z satynowymi, bądź rozświetlającymi pudrami, np. Lovely HD. Nie jest aż tak bardzo trwały jak korektor Jumbo Lovely, ale w dalszym ciągu to długotrwały produkt. Pojemność 4 gram starcza na około 2 miesięcy intensywnego używania. Ucieka dość szybko, ale MUR wypuścili większą pojemność, więc to już nie jest problemem. Osobiście korektor bardzo mi się podoba, na pewno kupię go jeszcze raz. Tym razem uważniej dobiorę kolor ;).

Sensique, high coverage liquid concealer

Pojemność: 9ml 
Cena: 14.99 zł
Właściwości (drogerienatura.pl):Długotrwały korektor kryjąco-matujący. Idealnie kryje niedoskonałości, sprawia że skóra jest gładka I matowa. Polecany dla osób o cerze wrażliwej. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.

Skład:Aqua, Cyclohexasiloxane, Cyclomethicone, Methyl Methacrylate Crosspolymer, PEG-10 Dimethicone, Quaternium-18 Hectorite, Glycerin, Isohexadecane, Cyclopentasiloxane, Polyglyceryl-4 Isostearate, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Hexyl Laurate, Trimethylsiloxysilicate, Aluminum Hydroxide, Triethyl Citrate, Sodium Chloride, Dimethicone/Vinyl Dimethicone Crosspolymer, Phenoxyethanol, Propylene Carbonate, Limnanthes Alba(Meadowfoam)Seed Oil, Prunus Armeniaca(Apricot)Kernel Oil, Butyrospermum Parkii(Shea Butter)Fruit, Isononyl Isonanoate, Diethylhexyl Syringylidenemalonate, Propylene Glycol, Parfum, Hydrogenated Vegetable Oil, Perfluorooctyl Triethoxysilane, Tocopheryl Acetate, Tocopherol, Olea Europaea(Olive)Fruit Oil, Olea Europaea(Olive)Husk Oil, Arctium Lappa Extract, Ethylhexylglycerin, Triethoxycaprylylsilane, Polyperfluoromethylisopropyl Ether, Caprylic/Capric Triglyceride, Silica, [+/- CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499].

W tym przypadku opakowanie jest bardziej standardowe, nie wyróżnia się na półce tak bardzo jak MUR. Aplikator jest cienki, błyszczykowaty i nie co twardy, nabierający jednorazowo małą ilość korektora. Gama kolorystyczna jest bardzo uboga. Na te czasy trzy odcienie, w dodatku mało różniące się od siebie to słaba reklama dla marki.Ja zdecydowałam się na numer 01. Jest to żółty odcień, który niestety ciemnieje i staje się pomarańczowy. Oksydację można trochę zrównoważyć żółtym pudrem, ale tam gdzie nie dokładnie się przypudruje, widać pomarańczowe plamy. Krycie jest imponujące, jeszcze lepsze niż w MUR. Wykończenie jest porównywalne, równie satynowe. Nie ma problemu z trwałością. Podsumowując wszystkie cechy jedynie krycie i wykończenie mi się podobają. Twardy aplikator, mały wybór kolorów, oksydacja nie koniecznie przekonują mnie do siebie. I nie sądzę, że warto się męczyć tylko dla dobrego krycia. 

porównanie aplikatorów
Od lewej: MUR, Sensique po kilku minutach, Sensique świeżo nałożony. Pamiętajcie, że skóra na ręce ma inne pH niż pod okiem, stąd poziom oksydacji jest inny na obu częściach ciała.
Tak oto przedstawiają się moje wrażenia dotyczące obu gagatków. Jestem ciekawa Waszych opinii. Jacy są Wasi ulubieńcy w tej dziedzinie? Polecicie mi coś dobrze kryjącego? Może też być wyższa półka cenowa ;). 

Wiosenna pielęgnacja - kwiecień 2019, #pielęgnacjadlazabieganych

Wiosenna pielęgnacja - kwiecień 2019, #pielęgnacjadlazabieganych

Obecnie jestem bardzo zabiegana, co przekłada się również na moją aktywność w blogosferze. Przez brak czasu i siły mocno okroiłam długość rytuału pielęgnacyjnego. Decyduję się w głównej mierze na sprawdzone i skuteczne produkty. Jak wygląda moja wieczorna rutyna? Zapraszam na post.

1. Demakijaż: płyn micelarny + waciki kosmetyczne

Jak już nie raz Wam wspominałam zmywanie makijażu, to u mnie bardzo złożony etap. Zaczynam od dokładnego zmycia makijażu oczu i ust a także powierzchownego usunięcia makijażu twarzy. Służy mi do tego święty graal - płyn micelarny Garnier. Oszczędzę Wam zachwytów nad tym produktem, bo na pewno już wiele razy o nim słyszałyście. Wiele razy zachwalałam także płatki kosmetyczne Bebeauty. Wersja ze zdjęcia jak dla mnie jest najlepsza.

2. Oczyszczanie - olejek + pianka

Mimo okrojenia czasu rytuału nie zrezygnowałam z dwufazowego oczyszczania - najpierw mój ulubieniec olejek Bielendy, później pianka skin in the city. Drugi produkt już nie jest tak  lubiany przeze mnie. Pianka jest mało mięsista, brzydko pachnie środkami do mycia szyb i nawet nie odświeża. Na szczęście jest już na wykończeniu, a w zapasie kolejny produkt bielendy, nowość na rynku - rozświetlający żel micelarny z ananasem.

3. Peelingo-maseczka

Zaniedbałam maseczkowanie i bardzo rzadko zdarza mi się jakąś nałożyć. Alternatywą jest pasta z liści manuka. Traktuję ją jako peeling i maseczkę w jednym. Posiada drobinki, które ścierają martwy naskórek, ale także zastyga i bardzo dobrze oczyszcza co podciągam pod maseczkę ;). Powróciłam do tego produktu po wielu latach i wciąż sprawdza mi się świetnie.

4. Tonizacja, nawilżanie ust

Jako tonika używam mgiełki kokos & aloes bielendy i muszę przyznać, że to jeden z nielicznych produktów tej marki który mnie zawiódł. Atomizer pluje gęstym, lepiącym i tłustym produktem. Jako baza pod krem na noc może być, ale broń boże żeby mgiełka dostała się na włosy, oczy czy usta. Wątpię żebym zużyła całą. Ostatni etap pielęgnacji to nawilżanie ust. Obecnie używam Nivea o zapachu arbuzowym. Ładnie pachnie i zaróżowi usta. Właściwości nawilżających niestety brak ;).

I tak wygląda moja obecna pielęgnacja. Jak widzicie przede wszystkim nawilżam. Jestem ciekawa jak wyglądają Wasze rytuały pielęgnacyjne. Znacie produkty z dzisiejszego posta? Piszcie co sądzicie o piance z hebe, jestem ciekawa czy tylko ja mam takie kiepskie odczucia ;).

W wannie z nacomi 💦💦💦

W wannie z nacomi 💦💦💦
W lutowym haul'u pokazałam Wam puder do kąpieli od Nacomi. Wiele z Was było ciekawych tego produktu, dlatego postanowiłam go zrecenzować. Co by nie było nudno, dorzuciłam do tej recenzji inny produkt do kąpieli tej marki. Zapraszam do czytania :).

Nacomi, candle shea natural body butter,balsam w świecy

Balsam w świecy jest naturalnym kosmetykiem, który należy nakładać po uprzednim roztopieniu: zapalić świecę na ok. 15 minut, gdy składniki kosmetyku częściowo się rozpuszczą pod wpływem ciepła, zgasić płomień i balsam ostrożnie wmasować w skórę okrężnymi ruchami. Balsamu można używać również "na zimno" - bez zapalania knota, jedynie ogrzewając niewielką ilość w dłoniach. Naturalne składniki balsamu intensywnie nawilżają skórę całego ciała, a podgrzanie kosmetyku powoduje, że wzmacnia się jego działanie.Masło Shea - jest doskonałym środkiem nawilżającym, regenerującym i poprawiającym koloryt skóry.Zawiera witaminy A, E i F, działa przeciwzapalne. Przenika do głębokich warstw skóry i ujędrnia ją, nie zatyka porów.- Olej kokosowy - jest składnikiem intensywnie nawilżającym i regenerującym. Balsam w świecy stworzony na bazie oleju kokosowego wykazuje działanie silnie ujędrniające i stymuluje szybką odnowę mikrouszkodzeń skóry.
Bez sztucznych konserwantów i parabenów.
Produkt ten posiadam dzięki mojej kochanej kuzynce Paulinie (pozdrawiam!). Widzę, że mam jaką starszą wersję, ponieważ teraz występuje także w metalowym opakowaniu, ale ma inną naklejkę. Producent reklamuje ten produkt jako balsam, bądź olejek do masażu. Należy rozpalić świeczkę na kilka minut a następnie użyć wosku jako natłuszczacza. Obawiałam się czy się nie oparzę woskiem, ale bez obaw, ma idealną temperaturę. Konsystencja jest bardzo konkretna, gęsta i tłusta przez główny składnik - masło shea. Tłustość sprawiła że mimo iż trzymałam go ponad 30 minut na nogach i nie wchłonął się ani grama. Lepiłam się do wszystkiego, do tego stopnia, że musiałam go zmyć wodą i peelingiem, żelem pod prysznic nie schodził. Na sucho go nie próbowałam, zbyt ciężko się wydobywał. Do masażu mógłby to być świetny produkt, bo jest bardzo elastyczny i miło się rozprowadza, jako balsam nie polecam, nawet dla bardzo suchej skóry.

Nacomi, Bubble bath powder sweet raspberry cupcake

Czy pod koniec ciężkiego dnia lubisz sobie poleżeć w wannie wypełnionej po brzegu gorącą wodą, w świetle płonących świec?Jeśli chcesz jeszcze bardziej uprzyjemnić swoją wieczorną kąpiel, wypróbuj nasz nowy puder do kąpieli, który otuli Twoje ciało gęstą pianą o świeżym zapachu, który pobudzi Twoje zmysły.
Nasz puder do kąpieli zawiera łagodne substancje myjące, które nie wywołują często występującego po kąpieli uczucia suchości, a dodatkowo, zawarte w nim masło shea, olej ze słodkich migdałów i olej avocado delikatnie nawilżą i odżywią Twoją skórę.
Opakowanie było dla mnie wątpliwej jakości, w końcu papier i para wodna to nie najlepsze połączenie, ale na szczęście nic nie przemaka. Strunowe zamykanie to dobre rozwiązanie pod prysznicem, dużo łatwiej je otworzyć, niż odkręcić zakrętkę. Malinowa wersja w opakowaniu pachnie przepięknie, w wodzie się mocno zatraca, praktycznie nic nie czuć. Mocno liczyłam na gęstą pianę jaką obiecuje producent. Jednorazowo wsypałam pół opakowania i takiej gęstej piany było tylko trochę. Oprócz minimalnej piany, woda zmętniała i stała się lekko tłustawa, jak w przypadku większości produktów do kąpieli. Nie widzę różnicy w działaniu w porównaniu do musujących kul po kilka złotych. Jestem zawiedziona... 


Moja przygoda z produktami do kąpieli od Nacomi nie zakończyła się najlepiej. Za to słyszałam dużo dobrego o rzeczach do pielęgnacji twarzy Nacomi, więc na pewno się na coś skuszę. A Wy jakie macie doświadczenia z testowaniem tej marki? Testowałyście coś do kąpieli? Co polecacie kupić?

Przegląd tuszów do rzęs vol.3 - Essence, Bell, Sensique, Lovely

Przegląd tuszów do rzęs vol.3 - Essence, Bell, Sensique, Lovely

Niezbędnik w damskiej kosmetyczce

Chyba każda z nas swoją makijażową przygodę zaczynała od tuszu do rzęs. Przynajmniej tak jest z większością kobiet z mojego otoczenia. Nie ma wątpliwości, że podkreślenie rzęs to jedna z tych rzeczy, które najbardziej robią robotę. Rzadko kto ma tak ciemne, gęste i długie rzęsy by móc zrezygnować z używania tuszu (nie mówię o sztucznych). Także wciąż szukamy ideału i testujemy coraz to nowe produkty. W ostatnim czasie przetestowałam kilka kosmetyków i chciałam się z Wami podzielić opiniami.

Essence, get big! lashes volume boost

Najbardziej charakterystyczną cechą tego tuszu jest ogromna szczota. Składa się ona z wielu równo ułożonych i miękkich włosków, dość mocno oblepionych tuszem. Mimo to nie skleja rzęs, może ich nie rozdziela spektakularnie, ale w końcu jej głównym zadaniem jest zagęszczenie i to robi bardzo dobrze. Do idealnego efektu potrzebowałam dołożyć drugą warstwę wydłużającego tuszu. Same musicie sobie odpowiedzieć na pytanie czy chce Wam się bawić z dwoma tuszami. Mi nie, dlatego  nie trafił do ulubieńców.

Bell, Mega lashes mascara

W przypadku tej mascary szczoteczka jest zupełnie inna niż w poprzedniej, ale równie specyficzna. Włoski są nieco twardsze, ale wciąż przyjemne w użytku. Ułożone są spiralnie, przez co szczoteczka bardzo dobrze wyczesuje rzęsy. Tutaj kończą się plusy. Producent deklaruje, że mascara jest wydłużająca, ale absolutnie tego nie robi. W sumie to nie robi nic ;). Efekt jest tak naturalny, że wątpię by ktokolwiek takiego oczekiwał. Na pewno nie kupię ponownie.

Lovely, lash extension mascara

I znowu chciałoby się napisać, że szczoteczka jest dziwaczna. Szczerze nie wiem co mnie ciągnie do takich dziwadeł. Ta ma włoski ułożone z trzech stron, a pomiędzy jest pusta przestrzeń. Nie wierzyłam zbytnio, że mi spasuje taka forma aplikacji (w drogeriach rzadko są testery tuszów dlatego jestem zmuszona kupować w ciemno). O ile średnio się z nią pracowało, o tyle efekt tuż po malowaniu był bardzo spoko. Niestety już po kilku godzinach niesamowicie się osypywał i rozmazywał, niezależnie od dnia. Dla mnie totalny bubel, ale wiem, że i ona ma swoich zwolenników.

Sensique, show off your lashes

Rzadko testuję rzeczy z natury i mało czytam ich recenzji, także jak już zdarza mi się coś tam kupować, biorę w ciemno. To już chyba tradycja, że szczoteczka jest dla mnie niespodzianką. U sensique okazała się prosta z krótkimi włoskami, wygodna w użytkowaniu, nie skleja rzęs i dość ładnie je wydłuża. Czy jest to must have? Nie powiedziałabym, ale na pewno jest to okej produkt na co dzień. Może ulubieńcem nie będzie, ale bublem też nie.

Eveline, volumix fiberlast mascara

Pokładałam bardzo duże nadzieje w tym tuszu. Głównie przez szczoteczkę, o moim ulubionym kształcie - klepsydry. Mascara ładnie rozdziela, wydłuża i zagęszcza. Prawie ideał. Jedyny minusik, to że za słabo utrwala rzęsy. Po jakimś czasie 'opadają' i nie wyglądają już tak idealnie. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi. 


Jak widzicie wciąż nie mogę znaleźć ideału. Może wspomożecie i coś polecicie? Jacy są wasi ulubieńcy w tej dziedzinie? Jestem bardzo ciekawa czy macie podobne odczucia do dzisiejszych bohaterów posta co ja, czy odmienne ;).

Contour kit z genialnym pędzlem?

Contour kit z genialnym pędzlem?

Ideał dla początkujących?

Miałam zacząć tego posta od słów, że oprócz cieni, konturowanie to moja ulubiona część makiijażu, ale bez dobrej podstawy - podkładu, korektora, pudru - nic by nie wyglądało dobrze. Wiem, że dużo początkujących długo nie może się przekonać do używania bronzera obawiając się plam, złego koloru itd. Naprzeciw ich oczekiwaniom wychodzi Freedom i ich Pro Strobe Palette, która pozwala na przetestowanie cieplejszym i chłodniejszych tonów. Do tego dostajemy pudry, rozświetlacz i pędzel, przy czym można ją kupić już za 20 zł. Musicie przyznać że to dość opłacalny deal, ale czy niska cena przekłada się na wysoką jakość? Zapraszam na recenzję :).


 

Dane techniczne:

Cena: ok.20 zł w zależności od sklepu internetowego
Pojemność: 15g
Zawartość: 3 bronzery, 2 pudry, rozświetlacz
Skład: Mica, Talk, Magnesium Stearate, Paraffinum Liquidum, Ethylhexyl Palmitate, Silica, Polybutene, Dimethicone, Methylparaben, Propylparaben, (+/-): CI 77891, CI 77491, CI 77492, CI 77499.

Moja opinia:

  • jasny bronzer: obecnie stosuję go najczęściej spośród wszystkich bronzerów ze względu na jasny, chłodny odcień. Nie jest najmocniej napigmentowanym bronzerem jaki znam, także nie można sobie narobić nim krzywd, dobrze się rozciera. Ze względu na jego umiarkowaną pigmentację świetnie współgra z mokrym konturowaniem Kobo. Sam efekt po kółku jest delikatny, a z tym bronzerem w punkt ;).
  • ciemny bronzer: Używałam go najmniej ze wszystkich ze względu na kolor, ale zauważyłam, że jest najmocniej napigmentowany, ale równie przyjemny w rozcieraniu. Potestuję go więcej w wakacje.
  • średni bronzer: Jak prawie zużyłam najjaśniejszy odcień przerzuciłam się na ten. I muszę przyznać, że różni się cieplejszym kolorem i nie co mocniejszą pigmentacją. Równie dobrze się rozciera.
  • beżowy puder: w miarę ładnie wygląda pod oczami, nie co wygładza tę okolicę. Efekt na twarzy mi się nie podoba. Puder mocno osiada na niej, przez co  jest bardzo mocno widoczny. Nie scala się z podkładem. Nie działa nawet omiatanie dużym pędzlem. Szybko się wyświeca, po żadnym pudrze aż tak się nie świeciłam. Jestem na nie.
  • żółty puder: ładnie wygląda pod oczami i równie mocno zalega na skórze zamiast się wtapiać co beżowy puder. Też nie jest to mój ulubieniec.
  • rozświetlacz: Przegrał na starcie srebrnym kolorem. Dodatkowo ma słaby pigment, ale dużo drobinek, przez co robią się plamy gdy się zbije pigment. Ciężko to określić, ale łatwo powiedzieć, że to bardzo słaby produkt.


Pędzel to była ostatnia rzecz na jaką patrzyłam podczas zakupów. Pomyślałam że za tak niską cenę, 6 produktów do konturowania i pędzel, niemożliwe żeby wszystko było idealne i na pewno producent obniżył jakość pędzla względem kosmetyku. A tu ogromne zaskoczenie! Pędzel jest z syntetycznego, krótkiego włosia. Idealnie sprawdza się do konturowania nie tylko policzków, a przede wszystkim nosa i żuchwy. Jestem nim zachwycona i przyznam że na dłuższą już chwilę wyparł mojego dotychczasowego ulubieńca - hakuro h21 ;).

Oto swatche w sztucznym świetle, bez jakiejkolwiek obróbki.

Najmocniejszym punktem zestawu, jak dla mnie, jest pędzel. Warto posiadać taki kształt w swojej kolekcji. Pudry i rozświetlacze są dla mnie dużym rozczarowaniem. Bronzery zaś w porządku, ale nie do tego stopnia by wyparły mojego ulubieńca wszechczasów - kobo. Ta paleta nie zrobiła na mnie dużego wrażenia i gdyby nie pędzel, byłabym zawiedziona. A jak Wasze wrażenia z tą paletą? Co polecacie przetestować w kwestii konturowania?
Copyright © 2016 GlamGirl , Blogger